piątek, 9 listopada 2012

Leave Out All The Rest Part 10.


Cześć Wam Wszystkim ! No więc mamy już 10 Part Leave Out All The Rest :) Ahh...jak ten czas szybko leci. Dopiero co zakładałam bloga i myślałam czy ktoś w ogóle będzie czytał te moje wypociny, a teraz proszę :) Bardzo Wam Wszystkim dziękuję za wszystkie komentarze, komplementy, za porady, wskazywanie mi błędów no i przede wszystkim za to że w ogóle to czytacie :) Na prawdę...bez Was ten blog jak i moje opowiadanie pewnie by nie istniały :) Wierzcie mi że na serio to Wszystko bardzo wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję że nigdy Was niczym nie zawiodę :) Kurde no...na sentymenty mi się zebrało xD Ale nic, już taka jestem że lubię wspominać dobre rzeczy ;) Kończę już bo Was zanudzę to swoją sentymentalną paplaniną. Mam nadzieję że Wam się spodoba :D Pozdrawiam, Cassandra ;p


Mógłbym nie spać tylko po to by słuchać jak oddychasz, 
Patrzeć jak uśmiechasz się, gdy śpisz,
Gdy jesteś daleko i śnisz.


Budzę się i czuję Jego wzrok na sobie. W pierwszym momencie nie mam pojęcia gdzie jestem, która jest godzina ani co się dzieje. Po chwili orientuję się że oboje jesteśmy w studiu. No tak...pewnie zasnęłam w objęciach Mike'a, a On nie chciał mnie budzić. Ciekawy jest tylko fakt po co chłopakom w studiu rozkładane kanapy, no ale ok...nie wnikam. Otwierając oczy widzę Mike'a leżącego na boku i wpatrującego się we mnie z uśmiechem na ustach. Widząc piękne, błyszczące z radości oczy automatycznie się uśmiecham. W tej chwili nie myślę już nawet o tym która jest godzina, ani od ilu godzin powinnam być w domu. Nie obchodzi mnie to. Ważne, że jestem tutaj, teraz, z Mike'iem, sama i patrzę się w jego piękne oczy, a On wpatruje się w moje z takimi samymi emocjami przemawiającymi przez mimikę twarzy.
- I jak się spało ? - pyta z uśmiechem.
- Dobrze. A Tobie ?
- Wiesz, spokojnie mogę powiedzieć, że dawno nie spało mi się tak dobrze - uśmiecha się do mnie jeszcze bardziej promiennie i całuje mnie w czoło.
- Mike, ja...ja przepraszam że Cię o to zapytam, ale...skąd wiedziałeś ? - pytam z delikatną niepewnością, jednak coś silnie popycha mnie w stronę tego pytania.
- Po prostu wiedziałem. Sam nie wiem skąd, ale coś, coś w Twoich gestach, spojrzeniu, uśmiechu dało mi o tym znać. Dało mi znać o tym, że coś do mnie czujesz. Najpierw miałem jeszcze wiele wątpliwości, jednak kiedy wczoraj przypatrywałem się Tobie przez te nieszczęsne minuty podczas których siedziałaś tutaj zamyślona, te wątpliwości zniknęły. Wiesz, tak zupełnie nieoczekiwanie nabrałem pewności, że to musi być to uczucie...no i mam nadzieję że się nie myliłem ? - odpowiada Mike i patrzy na mnie z delikatnie pytającym spojrzeniem.
- Nie, Mike, nie myliłeś się - odpowiadam - ale, poczekaj...co popchnęło Cię do tego ?
- Heh...zawsze wszystko musisz wiedzieć. No więc, jakby to najprościej ująć...może hmm...wczorajsze słowa Chaz'a i Joe'go no i może to że...sam się w Tobie zakochałem - kwituje Mike, a ja sama nie mogę uwierzyć w to co dzieje się w tej chwili. Jeszcze jakiś czas temu nigdy w życiu nie pomyślałabym, że zostanę przyjaciółką Linkin Park, a do tego...człowiek którego kocham od lat (mimo, że moja nadzieja co do związku z nim od zawsze była marna) teraz...wyznaje mi że On też mnie kocha !
- Mike ale...jak to...jeju, jak to mnie kochasz ? Skąd wiesz, że to miłość ? Przecież znasz mnie tak krótko ! Do tego masz żonę, dzieci ? Ja, ja kocham Ciebie od samego początku, od Waszej pierwszej płyty...wiem, może to dziwne, ale kocham Cię od zawsze, od samego początku Waszej kariery...
- Ciii... - mówi Mike przykładając palec do moich ust - po prostu wiem. Miranda, to tak już jest, że jak kogoś kochasz to wiesz to. Po prostu, Boże...jak Ci to wytłumaczyć. Kiedy widzę Ciebie serce wali mi jak szalone, zaczynam zachowywać się jak jakiś szesnastoletni szczeniak idący na pierwszą randkę, zachowuje się jak szaleniec, rozumiesz ? Kiedy wychodzimy ze studia, a ja Cię odwożę to...nie mam kompletnie ochoty się z Tobą rozstawać. A kiedy już się rozstaniemy czuję pustkę, cholerną, ogromną pustkę wypełniającą mnie od środka. Cały czas o Tobie myślę, nie wychodzisz z mojej głowy nawet na kilka sekund ! Nawet kiedy usypiam dzieci, tulę je, bawię się z nimi...nawet wtedy gdzieś w kącie mojego rozumu jest myśl o Tobie, rozumiesz ? Po prostu...po prostu Cię kocham... - teraz to ja przykładam mu delikatnie palec do ust - dobrze Mike, rozumiem, teraz już rozumiem - uśmiecham się, a On delikatnie mnie całuje.
- Mike ?
- Tak ?
- Jest jeszcze jedno...w nocy mówiłeś, że wyjaśnisz mi wszystko co do Anny. Dlaczego w ogóle o Niej nie mówisz i tak dalej. Rozmawiasz i opowiadasz o Wszystkich tylko nie o Niej. O co chodzi ? Po za tym...przecież Ona jest Twoją żoną ?
- Ehh...to nie jest takie proste. Prawda jest taka że wszyscy ludzie, fani, wszystkie media zawsze uważały mnie i Annę za wzorowe małżeństwo. Znają się od młodości, mają dwójkę dzieci, są ze sobą tyle lat, a ich wielka miłość nie gaśnie. Tymczasem hmm...to wszystko to pozory, które razem tworzymy. Jeszcze ponad dwa lata temu nie musieliśmy ich stwarzać... Ale teraz ? Teraz to konieczne. Na okrągło się kłócimy, praktycznie nieprzerwanie od dwóch lat. Kto na tym najbardziej cierpi ? Dzieci oczywiście - mówi Mike ze smutkiem - chodziliśmy już nawet na terapie i inne takie rzeczy. Nic nie pomaga. Praktycznie każda nasza rozmowa kończy się wielką kłótnią i zazwyczaj skutkuje tym, że albo śpię u Jay'a, albo u chłopaków, albo u kogokolwiek innego z moich przyjaciół.
- Mike...ja...wiesz dobrze, że nie mogę rozbić rodziny, nie mogę rozbić małżeństwa...
- Wiem Mirando, wiem, ale...sęk tkwi w tym, że tutaj nie ma już czego rozbijać. To małżeństwo już dawno jest rozbite na kawałeczki, bardzo drobne kawałeczki.
- Tak Mike ja rozumiem, ale i tak...nie chcę zaszkodzić dzieciom, Tobie, Annie i w ogóle.
- Miranda, nikomu nie zaszkodzisz. Jeśli już to pomożesz. A dzieci i tak nie mogą żyć w domu gdzie dwoje ukochanych rodziców na okrągło się kłóci, a jeden praktycznie i tak żyje jakby w tym domu nie mieszkał. Lepiej żeby już mieszkały ze mną i Anną na zmianę niż żeby były świadkami ciągłych kłótni, sprzeczek, trzaskania drzwiami i krzyku, nie mam racji ?
- Mike, wiem, ale i tak...i tak czuję się podle. Wiesz o co mi chodzi... W końcu z Anną jesteście małżeństwem od lat. Ona jest przyjaciółką chłopaków, ich żon, przyjaciółką Wszystkich Twoich przyjaciół. A ja ? Co ja tutaj robię ? Jestem jak pęknięcie przez które nagle rozwala się cały porządek, wszystko! Rozumiesz mnie Mike ? Wiesz o co mi chodzi ? Dla Anny jestem jak intruz, który przyszedł nagle ni stąd ni zowąd i wprowadza zamęt...
- Tak Mirando, wiem. Ale i tak to nie zmienia faktu, że uświadomiłem sobie, że Cię kocham. Kocham Cię nad życie, rozumiesz ? Kocham, jak nigdy nie kochałem żadnej kobiety. Nawet Anny, naprawdę.
- Tak Mike, ja, ja Ciebie też, ja Ciebie też kocham jak nigdy nie kochałam żadnego mężczyzny. Wiesz, tyle lat czekałam na tą chwilę, tyle lat myślałam, że to wszystko to złudzenie, i że po prostu jestem nienormalna. Że to nigdy się nie spełni. A teraz ? Teraz moje największe, najskrytsze marzenie się spełnia...naprawdę. Ale, ja... Ja na razie nie mogę, Mike... Naprawdę nie mogę z Tobą być. Kocham Cię, ale...nie mogę. Sam rozumiesz. Anna, dzieci i to wszystko.
- Rozumiem, rozumiem, ale za bardzo Cię kocham żeby czekać. Jeszcze dzisiaj porozmawiam z Anną o rozwodzie.
- Mike, nie..
- Ciii...- po raz kolejny ucisza mnie ukochany - wiem o co Ci chodzi. Wiem jak się czujesz ale...nie pozwolę na to, aby ta noc, te słowa, te reakcje, odruchy, gesty, pocałunki, to wszystko... nie pozwolę żeby to pozostało tylko wspomnieniem. Na prawdę chcesz aby te wspaniałe chwile odeszły i żebyśmy co dzień się widując, cierpieli po cichu dusząc się w swoim świecie...świecie bez siebie ?
- Mike, Boże, Mike, nie, nie chcę tego ! Ale co poradzę na to, że czuję się jak zwykła dziwka rozbijająca rodzinę ? Co poradzę na to, że Anna i pewnie tysiące innych ludzi, tysiące Waszych wielbicieli mnie znienawidzi ? Znienawidzi mnie za to, że rozbiłam idealną rodzinę. I nie będzie ich obchodziło to, że tego nie zrobiłam i to, że dałam Ci szczęście. Ich będzie obchodzić tylko Wasze rozbite małżeństwo, rozbite przeze mnie, jak zamek ze szkła obrzucony kamieniami.
- Boże Miranda, błagam Cię, nie myśl tak ! Co z tego ? Nikt Cię nie znienawidzi, rozumiesz ? Ja już o to zadbam. A co do tych wszystkich ludzi, naszych wielbicieli...w końcu się z tym pogodzą. Zawsze tak jest ! Mirando, nie możesz się ich obawiać. Nie możesz obawiać się tego co napiszą o Tobie w tępym tabloidzie...bo jeśli będziesz się tym przejmowała to te tępaki Cię zniszczą! Zniszczą Ciebie i Nas ! Na prawdę...nie myśl już o tym... Myśl tylko o Nas...o Naszym wspólnym szczęściu, proszę... - Mike patrzy na mnie błagalnym wręcz wzrokiem.
- Ehh...dobrze, Mike. Ale proszę, nie oczekuj ode mnie wiele...jeśli oczywiście wiesz o co mi chodzi. Nie oczekuj ode mnie, przynajmniej dopóki nie rozwiedziesz się z Anną - ostatnie zdanie przechodzi mi przez usta z takim trudem, że ledwo je wymawiam.
- Dobrze kochanie. Dziękuję Ci, naprawdę dziękuję Ci za wszystko co powiedziałaś przed chwilą i w ogóle, za to, że znalazłaś się w moim życiu.
- Nie dziękuj mi Mike. Dziękuj losowi. Chociaż ja też dziękuję Tobie, za to, że jesteś teraz, tutaj i spełniasz moje marzenia. Kocham Cię - uśmiecham się do Mike'a, który zbliżając się do mnie delikatnie mnie całuje. W tym momencie oboje słyszymy zgrzyt klamki i otwierające się drzwi. Odrywamy się od siebie delikatnie i oboje patrzymy trochę zdezorientowani w stronę drzwi zza których wyłania się Chester, Brad i Phoenix. W pierwszym momencie jedyne o czym myślę to kamień, jaki właśnie spadł mi z serca po ujrzeniu chłopaków. W drugim czuję delikatne zażenowanie i wstyd, który daję mi się zauważyć również na twarzy Mike'a.
- To ładnie ! - mówi jakby zupełnie nie zdziwiony Chester, a Dave i Brad mu przytakują.
- No to my chyba delikatnie przeszkadzamy, także udamy się do pokoju obok.. to jest za drzwi, w celu dalszego nie przerywania Wam jakże miłej konwersacji - mówi jakby wyuczoną formułkę Brad, po czym uśmiecha się głupkowato waląc w ramie Phoenix'a, który ma oczy jak gdyby wjechał mu na stopę trzystutonowy walec.
- Ykhym..ten no..właśnie - ledwo wydusza z siebie Dave, po czym wzorem Chaz'a i Brad'a uśmiecha się hmm...nie chcę go obrażać, ale jak...pedofil... Chester chcąc zakończyć niezręczną sytuację zamyka drzwi z miną mówiącą jakby "If you know what I mean ?". Mi się tylko wydaje, albo Ci faceci nigdy nie dorosną...


***

Pozwól mi przeprosić na początek.
Pozwól mi przeprosić za to, co mam do powiedzenia.
Lecz próbowanie być szczerym, jest trudniejsze niż mi się wydawało.
Ale jakoś zostałem złapany między.


Mimo tego co muszę za chwilę zrobić wracam do domu w dobrym humorze. I mimo, iż wiem że muszę dzisiaj porozmawiać z Anną o tym czego unikałem przez ponad 2 lata, to mam cichą nadzieję, że uda nam się dojść do jakiegoś porozumienia. Nagle, kiedy wchodzę do domu uświadamiam sobie, że to wszystko wcale nie jest takie łatwe jak się wydaje. Owszem, już przedtem wiedziałem, że prędzej czy później i tak do tego dojdzie, ale nie myślałem że w takich okolicznościach. Nie myślałem, że wcześniej uświadomię sobie że kocham inną. Że kocham Mirandę. Teraz i tak nie ma już odwrotu. Kocham ją i chcę się rozwieść. Oprócz tego nie chcę żeby Anna dalej męczyła się przy mnie, nie chcę żeby dzieci dalej były świadkami kłótni, nie chcę żebyśmy wszyscy dalej żyli w toksycznym, pozornie udanym, rodzinnym świecie w którym tak naprawdę od dawna nie jest dobrze ani kolorowo. Tak będzie lepiej...lepiej dla kogo ? Dla Wszystkich. Wiem, może wyjdę na samoluba, ale ja sam wiem, że nie robię tego tylko dla siebie. Robię to dla wszystkich. I mimo, że zostanie mi przywiązanie do Anny...w końcu była i nadal jest moją żoną od 9 lat, to twierdzę, że dobrze zrobię jak z nią o tym porozmawiam. Przemyślałem to podczas dzisiejszego dnia jakiś tysiąc razy i nie mam już żadnych wątpliwości. Omówiłem to z chłopakami, byłem u rodziców...z Nimi tez o tym rozmawiałem, byłem nawet u Shawn'a i Bey. Muszę tylko zebrać się na odwagę. Mike, dasz radę...musisz to zrobić ! Ona doceni kiedy porozmawiasz z nią szczerze i bez ogródek...zawsze doceniała szczerość. Pytanie, czy teraz też będzie w stanie ją docenić. Mam nadzieję że tak. Wchodzę do kuchni i widzę swoją żonę siedzącą przy stole z kubkiem kawy i książką. Zbieram się do kupy i pełnym opanowania głosem zaczynam:
- Hej Anna. Możemy porozmawiać ?
Anna odkłada książkę na stół i ciężko wypuszczając powietrze odpowiada:
- Tak, pewnie że możemy. O czym ?
- Na początek przepraszam, że nawet nie zadzwoniłem że nie będzie mnie na noc, ale pracowaliśmy z chłopakami do późna w studiu i w końcu zasnąłem... - chcę jak najmniej ją zranić. Wiem, że i tak moja prośba będzie dla niej ciosem...tylko dlatego kłamię.
- Wiem Mike, rozmawiałam z Talindą i mówiła, że Chester też zostaję do późna w studiu.
No tak...Chester i Talinda znów teoretycznie ratują mi tyłek. Od dłuższego czasu robią to dość często, ale mniejsza o to.
- O czym chcesz rozmawiać ? - zagaduje po chwili Anna.
- No więc - mówię spokojnym i opanowanym głosem - Anna ja...wiem że to trudne, ale przemyślałem to dokładnie i wiem dobrze, że ty też pewnie myślałaś nad tym nie raz. Tylko proszę Cię, nie myśl sobie że robię to z jakiś innych powodów niż dobro dzieci i nasze. Ja...Anna ja sądzę że powinniśmy się rozwieść - patrzę na jej jakby nieobecny wyraz twarzy i zimne, prawie bezuczuciowe oczy. Ona spuszcza głowę w dół. Widzę, że trudno jest jej się pogodzić z tym co właśnie powiedziałem. Dostrzegam łzę spływającą po jej policzku i czuję się jak drań. Ale wiem, że robię dobrze...mimo tego bólu jaki czuje Anna.
- Mike...powiedz mi tylko jedną, bardzo, bardzo dla mnie ważną rzecz. Ale odpowiedz szczerze, proszę Cię...choćby nie wiem ile bólu miało mi to sprawić, odpowiedz szczerze, dobrze ? - zdławionym i smutnym głosem prosi Anna.
- Dobrze, odpowiem szczerze, choćby nie wiem co to było...
- Mike, wiesz dobrze, że nie jestem ślepa. Widzę jaki ostatnio jesteś i wiem, że nie jest to spowodowane pracą czy czymkolwiek innym. Za dobrze Cię znam żeby nie zauważyć. Mike...dobrze wiem, że już mnie nie kochasz. Za to ostatnio zakochałeś się w kimś innym, prawda ? - pyta patrząc mi prosto w oczy, przepełnionym smutkiem spojrzeniem.


Kiedy odejdziesz
Czy będziesz miał odwagę, by powiedzieć:
Nie kocham cię tak, jak kochałem wczoraj ?


Biorę głęboki oddech:
- Tak Anno...zakochałem się... - patrzę prosto w jej oczy.
- To dobrze, Mike – widać, że wymawia te słowa z ogromnym trudem - z naszego małżeństwa i tak już nic by nie wyszło, oprócz odbijających się gromkim echem na dzieciach i nas kłótni. Dobrze, że się zakochałeś. Wiem, że mnie nie zdradziłeś, znam Cię na wylot i wiem, że nie Jesteś do tego zdolny. Co prawda, nadal Cię kocham... - tutaj robi znaczącą przerwę - ale mimo to z całego serca chcę, abyś był z nią szczęśliwy. Ona musi być na prawdę dobra. Nie zakochałbyś się w niej, gdyby taka nie była - uśmiecha się do mnie blado - na prawdę Mike, nie mam do Ciebie, czy do niej urazy. Jeśli się kochacie to bądźcie razem, będę szczęśliwa jeśli Ty będziesz szczęśliwy.
W tym momencie czuję się jakby Anna czytała w moich myślach i odczytała moje nadzieje co do naszej rozmowy.
- Anna ja...dziękuję Ci, dziękuję Ci za Wszystkie te lata razem, za Otis'a i Megan, za zrozumienie, dobroć, miłość...
- Mike ! Nie dziękuj mi, naprawdę...nie masz za co. Wszystko co mam - mam dzięki Tobie. Na prawdę to ja Ci dziękuję.
Tak właśnie wyglądała nasza pierwsza od ponad dwóch lat normalna rozmowa. Mimo bólu, który ciskał Anną, oboje na zakończenie się przytuliliśmy. Ustaliliśmy, że złożymy wspólnie pozew o rozwód za porozumieniem stron, po to by przebiegł on szybko i aby dzieci nie odczuły go za bardzo. Potem jak gdyby nigdy nic poszedłem sprawdzić co u nich, a następnie zabrałem pościel z sypialni i położyłem się w pokoju dla gości. Nie myślałem o niczym konkretnym, nie mogłem się skupić. Na samo wspomnienie pocałunków Mirandy drżałem. Uśmiechnąłem się sam do siebie po czym szybko zasnąłem.


Fragmenty tekstów pochodzą z piosenek: I Don't Wanna Miss A Thing - Aerosmith, In Between - Linkin Park oraz I Don't Love You - My Chemical Romance.

czwartek, 1 listopada 2012

Leave Out All The Rest Part 9.


Kabuuumtsss...no i jestem z Part'em numer operacyjny 9 :D Hmm...co tu dużo mówić...chyba nie ma co się rozpisywać. Mam wrażenie że pierwsza część jest trochę taka...hmm...dziwna ? Ale po za tym myślę że chyba jest ok i mam ogromną nadzieję że Wam się spodoba, bo powiem szczerze że denerwuję się bardzo tym co będziecie myśleć ;p Dziękuję bardzo Wam Wszystkim za komentarze tutaj, na fejsie i na Twitterze :) Na prawdę wiele One dla mnie znaczą i przepraszam niektóre osoby np. witness za to że nie odpisuję na nie, ale niestety nie mam jak oprócz Twittera, fejsa i Google+ na którym nie zawsze Wszystkim da się wstawić komentarz czy coś :) Ojj no...znowu się rozpisałam xD No nic...zapraszam Was do czytania i mam nadzieję że Wam się spodoba :D Pozdrawiam, Cassandra ;p

Szukam zaufania i znajduję je w Tobie
Każdego dnia w czymś innym
Otwarty umysł na inny pogląd
I nic innego się nie liczy
Nigdy nie zależało mi na tym co inni robią
Nigdy nie zależało mi na tym co inni wiedzą
Ale ja wiem...

- Zamknij oczy - prosi Mike z resztą chłopaków szeroko się do mnie uśmiechając, a ja mimo lekkiego zdziwienia ich prośbą, robie to o co mnie proszą.
- Tylko nie podglądaj ! - prosi Phoenix.
- Dobrze. Obiecuję, że nie będę – przytakuję, mimo iż ciekawość mnie zżera.
- Teraz chodź i nie otwieraj oczu - mówi Mike biorąc mnie za rękę i prowadząc tak abym na coś nie wpadła. Nie protestuję i idę zgodnie z tym jak mnie prowadzi mój ukochany. Czuję jego dotyk - tak delikatny, jak gdybym była bardzo kruchą, porcelanową filiżanką bądź czymś w tym rodzaju. Cały czas przechodzą mnie dreszcze spowodowane dotykiem Shinody, ciekawością, podnieceniem i Bóg jeden wie czym jeszcze. Po przejściu kilku metrów słyszę zgrzyt kluczyka w zamku, jednak nadal panuję nad sobą i mimo wielkiej chęci ujrzenia co się dzieje - nie otwieram oczu. Dalej idę za wskazówkami Mike'a i cały czas pilnującego kierunku moich zmierzań Chester'a. Nie wiem co mam o tym myśleć. Z jednej strony jestem tak strasznie ciekawa tego co ujrzę, a z drugiej zastanawiam się o co może im chodzić. No przecież...raczej nie mają dla mnie jakiejś super świetnej niespodzianki, bo znają mnie w miarę dobrze dopiero od wczoraj i raczej wątpię by tak od razu z kopyta uznali mnie za wielką przyjaciółkę zespołu. No ok, jestem ich fanką, ale przecież to nie jest powód do tego by samo LP robiło mi wielkie niespodzianki i w ogóle. Hmm..sama już nie wiem...Nagle zostaję zatrzymana przez Mike'a:
- No więc, chyba możesz otworzyć już oczy - mówi Mike. Nie wiem dlaczego ale mam dziwne wrażenie, że w jego głosie słychać delikatne zdenerwowanie i spięcie... Mimo to podnoszę powoli powieki, a moja ciekawość i podniecenie nagle zamieniają się w nieodpartą radość. Słysząc słowa Mike'a nie mogę opanować zdziwienia i radości które wspólnie prą na mnie z taką siłą, że nie mam zielonego pojęcia co powiedzieć czy zrobić.
- To dla Ciebie. Twój taki kącik, a w zasadzie miejsce do komponowania, rozwijania swoich pasji, pisania, współpracy z nami no i w ogóle - Mike uśmiecha się do mnie szeroko, a na jego twarzy delikatnie maluje się niepewność zmieszana z radością. Po chwili milczenia, z oczami wywalonymi jakby zaraz miały mi wylecieć,  zbieram się do kupy i mimo iż nadal nie mam pojęcia co zrobić, daję się ponieść emocjom:
- Boże...ja, ja nie wiem co powiedzieć...naprawdę to dla mnie ? - pytam z niedowierzaniem, czując jak do moich oczu napływają łzy szczęścia.
- Tak - odpowiada cały zespół.
- Wiesz, tak żebyś była blisko nas i mogła rozwijać swoje pasje razem z zespołem który jak sama mówisz - kochasz - uśmiecha się szeroko Rob.
- Tak - uśmiecha się Brad - w sumie to Mike wpadł na ten pomysł, a my z chłopakami bez wahania się na niego zgodziliśmy.
- O jeju... - musisz się ogarnąć Cosgrove, musisz się ogarnąć - Boże, nawet nie wiecie ile to dla mnie... - nie mogę nic dalej z siebie wydusić, tak więc nie robię nic tylko rzucam się na stojącego obok mnie Mike'a i przytulam go z całej siły. Potem robię to samo z resztą zespołu. Płaczę ze szczęścia jak małe dziecko. Nie mogę nic z siebie wydusić...tylko płacz i płacz. Po dobrych 20 minutach, chłopakom udaje się mnie uspokoić, a ja w końcu odzyskuję zdolność mówienia.
- Boże, dziękuję Wam, naprawdę bardzo Wam dziękuję ! Jesteście...kochani...o Jezu no, kocham Was po prostu, jesteście najlepsi i w ogóle... - uśmiecham się do nich, wycierając jeszcze raz oczy chusteczką i ścierając przy tym resztę rozmazanego pod okiem tuszu.
- Dziękujemy, ale naprawdę nie musisz nam dziękować - mówi Phoenix.
- Prawda jest taka, że gdyby nie ty to pewnie byśmy tego w ogóle nie zrobili - uśmiecha się Joe.
- Tak, to fakt... Zainspirowałaś nas i zrobiliśmy to dla Ciebie bo jesteś wyjątkową fanką o której nie sposób zapomnieć i z którą nie sposób nie utrzymać dalszego kontaktu - mówi Chester uśmiechając się do mnie i wymieniając spojrzenia z chłopakami, którzy również uśmiechnięci mu przytakują.
- Dziękuję za komplement, ale naprawdę...nawet jeśli, to nie musieliście tego dla mnie robić...przecież to wasze studio, będę Wam zajmowała miejsce i w ogóle - zaczynam z niepewnością w głosie.
- Naprawdę nie będziesz nam przeszkadzała - z uśmiechem mówi Mike
- Wręcz przeciwnie ! Będziesz nam potrzebna i będziesz zawsze obok nas...wiesz, my dla naszej fanki, nasza fanka dla nas - uśmiecha się Rob.
- Ej, ej...ty tutaj nie wyrywaj ! Pamiętaj że Miranda to dobra dziewczyna, a ty takie zwodzisz. Także się przymknij kochasiu ! - prześmiewczo mówi Joe.
- Pff...czy ja coś robię ?! - z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy i miną ze stylu "Are you fucking kidding me ?!" pyta Rob.
- No oczywiście że nic... - odpowiada Brad, uśmiechając się zalotnie i znacząco poruszając brwiami. Wszyscy zaczynamy się śmiać. Dalej rozmawiamy i rozmawiamy oraz robimy tysiące rzeczy w moim - jak powiedział Mike - studiu. Po około 4 godzinach rozmowy, śmiechu i pobrzękiwania na różnych instrumentach, Rob stwierdza że czas coś zjeść i wraz z Bradem, Phoenix'em i Mike'iem wychodzi by przynieść jedzenie do studia. Ja nadal siedzę i rozmyślam o tym fantastycznym pomieszczeniu. Ehh...jakie to dziwne, że jeden z pozoru normalny pokój może sprawić człowiekowi tyle radości. Naprawdę, to aż niepojęte jak kilka ważnych dla człowieka osób może zrobić coś, co tak go ucieszy że nie może wydusić z siebie słowa, a jedyne co udaje mu się zrobić to popłakać się z radości i wszystkie te osoby przytulić. Na prawdę, Linkin Park i jego członkowie to jedne z najważniejszych osób w moim życiu. Mike jest dla mnie bardzo ważny...w końcu go kocham. Jednak Chaz, Rob, Brad, Phoenix i Joe też są dla mnie ważni do granic możliwości. Heh...z jednej strony to dziwne, jednak sądzę, że są Oni tak samo jak dla mnie ważni, jak dla każdego fana. Dla każdego, kto kocha ich muzykę, dla każdego,  kogo właśnie ta wspaniała muzyka doprowadza niejednokrotnie do płaczu, wzruszenia, bądź zupełnie odwrotnie - polepsza jego nastrój tak, że aż chce mu się skakać, śpiewać wraz z Chester'em, rapować z Mike'iem i w ogóle...w tym momencie moje rozmyślania przerywa Chester.
- Miranda ? Hmm..tak w sumie to...chciałem się Ciebie z Joe'm o coś zapytać, ale nie za bardzo wiedzieliśmy jak to zrobić i no wiesz.. - pyta z lekkim zakłopotaniem.
- Tak ? Pytajcie o co chcecie. Obojętnie o co się zapytacie i tak Wam odpowiem - mówię, delikatnie się uśmiechając.
- No bo, dzisiaj rano kiedy zauważyliśmy, że kłócisz się z tym gościem i w ogóle, to oczywiście przypadkowo słyszeliśmy też Waszą rozmowę o...no o Mike'u - patrzy na mnie z powagą i zarazem wsparciem. - Boże...Cosgrove, ale jesteś tępa !
- Ehh...mogę zapytać ile słyszeliście ?
- No...tak się akurat składa, że prawie wszystko - mówi Joe.
- Taa... - odpowiadam, spuszczając głowę w dół. Nie wiem co mam powiedzieć...czuję się strasznie zakłopotana.
- Mirando, jeśli nie chcesz nam nic mówić to ok, nie musisz, ale równie dobrze jeśli coś Cię męczy to też spokojnie możesz nam o tym powiedzieć...nawet jeśli dotyczy to Mike'a to jeśli nie będziesz tego chciała to On się nie dowie, naprawdę... - mówi Chester chwytając mnie za ramie.
- Tak...ehh, skoro i tak już słyszeliście to dlaczego mam Wam tego nie wytłumaczyć - mówię podnosząc głowę i uśmiechając się smutno - no więc...od czego tu zacząć. Dobra, powiem wprost. Więc, praktycznie od początku kiedy zaczęłam Was słuchać, czyli od 2000 roku, od czasu Waszego debiutu...no, od tamtego czasu jestem zakochana w Mike'u - sama nie wierzę w to co właśnie wyjawiłam najlepszym przyjaciołom mężczyzny którego kocham. Sama nie mogę uwierzyć w to, że powiedziałam o tym swoim idolom...
- Domyśliliśmy się - odpowiada Joe, uśmiechając się wspierająco.
- No i...dlatego umówmy się szczerze - nie miałam nigdy jakiegoś prężnie działającego życia miłosnego. Miałam kilku chłopaków, z dwoma co prawda, w tym z Dominikiem byłam w poważnym związku, ale...i tak kocham Mike'a.
- To dlatego ten cały Dominik tak Cię traktuje ? - pyta Chester.
- Tak...On, On po prostu jest zazdrosny, chorobliwie, cholernie, do maksimum... Zawsze myślał, że prędzej czy później go pokocham. Bo Wy, jako ludzie sławni nie jesteście dla mnie hmm...osiągalni, tak...to chyba dobre słowo. Przez tą całą zazdrość strasznie się zmienił. No i skutki tej zmiany sami widzieliście dzisiaj rano - dalej opowiadam ze smutkiem.
- Spokojnie - mówi Joe - nie przejmuj się tym baranem. To zwykły palant, który uważa, że Jesteś jego własnością i że może Tobą pomiatać. Dobrze zrobiłaś pokazując mu dzisiaj, że tak nie jest. Na prawdę, Miranda, nie przejmuj się. Zaraz przyjdą chłopaki z żarciem, pogadamy i od razu się rozweselisz. Jak chcesz to Chaz weźmie gitarę i zagra Ci głupią piosenkę. Chester dawaj ! - Chester słysząc to uśmiechnął się i zaczął śpiewać:


 I like lollipops, and you like unicorns, 
oh yeahh...unicorns and lollipops, 
unicorns and lollipops oh yeah, 
unicorns and lollipops, 
unicorns and lollipops oh yeah...
I like unicorns, and you like lollipops, oh yeah...
I like unicorns, and you like lollipops, oh yeaahhh..


Chester skończył grać i uśmiechnął się szeroko. Widząc że się rozweseliłam, a na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech, Joe już bez gitary dalej kontynuował:

Unicorns and lollipops 
oh yeah oh yeah.

A Chaz razem z nim:

Unicorns and lollipops ohh yeah ohh yeah...
unicorns and lollipops oh yeah oh yeah...
oh yeah oh yeah oh yeah oh yeah...


W tym momencie do studia weszli Mike, Rob, Brad i Phoenix, którzy również przyłączyli się do nich. Teraz nie mogłam już zachować powagi. Zachowanie jej graniczyło z cudem, tak więc roześmiałam się widząc jak Mike i reszta śmiesznie gestykulują udając raperów i robiąc dziwne miny. Po jakiś względnych 5 minutach wygłupów, wszyscy się uspokoili, a Hahn dał znać o swoim głodzie pytając:
- Ejj, to co z tym żarciem ?
Dalej rozmawialiśmy, śmialiśmy się i tak aż do wieczora. Mike znów odwiózł mnie do domu. Po drodze mówiliśmy o różnych rzeczach. Mike opowiadał mi o swoich dzieciach i w ogóle, a na koniec standardowo uściskaliśmy się, a kiedy On odjechał, wróciłam do domu. Zastanawia mnie tylko jedno. Mike Ciągle mówił o swojej rodzinie, dzieciach, przyjaciołach, żonach Brad'a, Chester'a i reszty. Zdziwiło mnie trochę, że mówił o wszystkich, ale nie wspomniał o swojej. Ehh...może to głupota, a ja jak zawsze się nią przejęłam. A może nie ? Sama już nie wiem...

***

Minęło już kilka tygodni od czasu kiedy poznałam osobiście Linkin Park. Od momentu kiedy dostałam od nich studio, praktycznie codziennie po wykładach siedzę z nimi i jak nie gram to śpiewam, jak nie śpiewam to piszę i tak w kółko. Nie stworzyłam na razie nic konkretnego. Napisałam kilka nawet dobrych tekstów, kilka linii melodycznych, przypomniałam sobie nawet stare, dobre czasy The Enemy's Gate kiedy trochę poscreamowałam z Chaz'em. Fakt faktem, lubię śpiewać i komponować sama, jednak jeszcze bardziej uwielbiam robić to z kimś, a najlepiej takim, z kim się rozumiem. Tak właśnie było w The Enemy's Gate. Tak też jest pomiędzy mną a chłopakami. Rozumiemy się praktycznie bez słów. Czasami na myśl wpada mi pomysł aby zmienić jakieś zdanie w tekście, a przykładowo Brad już je zmienia. To jest piękne. Na prawdę, czuję że jestem w zespole, chociaż logiczne, że przecież nie jestem. Aktualnie siedzę w studiu i coś bazgrolę. Nie wiem nawet sama co. Nagle zauważam Mike'a. Stoi w drzwiach i bacznie mnie obserwuje. Ma w oczach ten sam błysk co zawsze. Nadal nie wiem czym jest on spowodowany i nadal męczę się rozważaniami na temat tego skąd on się bierze.
- Hej - uśmiecham się do Mike'a, który podchodzi i siada na fotelu na przeciwko mnie.
- Co tam rysujesz ? - patrzy zaciekawiony.
- Ahh...wiesz, że sama nie wiem ? hmm...pomyślmy, panda z hipopotamem, podciągnięta lamą i krokodylem oraz delikatnie zalatująca koniem i eee...żyrafą ? Sama nie wiem... - zastanawiam się, ale widząc rozbawienie w oczach mężczyzny sama delikatnie się uśmiecham - wiesz, w sumie to bardziej rozmyślam niż rysuję. A rysuję chyba to o czym przelotnie sobie pomyślałam. Wiesz, tak w przerwie pomiędzy właściwymi rozmyślaniami - uśmiecham się mocniej.
- Heh...a o czym tak rozmyślasz jeśli można wiedzieć ? - z zaciekawieniem patrzy mi głęboko w oczy, a ja powoli zaczynam się zatapiać, jednak nadal nad sobą panuję.
- O niczym ważnym, na prawdę - nadal się delikatnie uśmiecham - a tak w ogóle, gdzie reszta ?
- Poszli już do domu. Przecież się z Tobą żegnali ! - śmieje się Mike, nadal bardzo głęboko patrząc mi w oczy. Wymiękam, naprawdę wymiękam, ale nadal dzielnie się trzymam...tak przynajmniej sądzę...
- Serio ? Jezu, ale musiałam się zamyślić, że nawet tego nie zauważyłam - śmieje się sama z siebie.
- Tak. Na prawdę byłaś chyba mocno zaabsorbowana, bo stałem w tych drzwiach dobre 15 minut, a zauważyłaś mnie dopiero przed chwilą - śmieje się mężczyzna, a jego piękne, brązowe oczy, głęboko wpatrzone w moje, błyszczą radośnie. Nie wiem dlaczego, ale czuję się jakby Mike patrząc mi w oczy, zaglądał w najgłębsze czeluście i zakamarki mojej wyobraźni oraz myśli. W sumie, nie mam nic przeciwko temu. Sama wpatruję się w jego oczy tak głęboko, że prawie się w nich rozpływam.

Kiedy patrzę w twoje oczy
Widzę skrępowaną miłość.
Ale kochanie kiedy trzymam Cię
Czy nie wiesz, ze czuję to samo ?

Nagle brunet delikatnie przybliża się do mnie tak blisko, że czuję na szyi jego ciepły oddech. Czuję jego zapach, bliskość, zaczynam cała drżeć, a serce bije mi w piersi jak oszalałe. Mimo wszystko jest mi bardzo przyjemnie, czuję narastające delikatne podniecenie kiedy mężczyzna przybliża się coraz bardziej. Nie mam pojęcia co zrobić, jednak w tej chwili zdaję się tylko i wyłącznie na swoje oszalałe od bliskości ukochanego instynkty. Z każdym oddechem Mike'a płynącym po mojej skórze czuję przyjemne wstrząsy i drżenie nie tylko całego ciała, ale też serca. Nigdy nie czułam się tak jak teraz. Nigdy nie byłam aż tak podniecona, nigdy aż tak nie drżałam w obecności żadnego mężczyzny. Czuję, że jeśli za chwilę ja albo On czegoś nie zrobimy to wybuchnę. Czuję, że On czyta z moich odruchów, gestów, z gęsiej skórki na rękach. Czuję jego usta delikatnie muskające moją szyję, jakby chciał aby przyjemne dreszcze jeszcze bardziej mną manipulowały. Wiem, że delikatnie się uśmiecha czując jak drżę z podniecenia. Kiedy już doprowadza mnie do stanu, w którym praktycznie odpływam, chwyta mnie za podbródek, delikatnie przyciąga i sunie swoimi miękkimi wargami po moich. Jego dłonie spoczywają na moich policzkach i szyi. Manipuluje mną i moimi instynktami z ogromną łatwością. Kiedy czuję już, że dłużej nie wytrzymam, że pragnę by w końcu to zrobił, namiętnie, a zarazem z ogromną delikatnością wpija się w moje wargi. Wpija się jak gdyby sam pragnął ich od dawna. Jak gdyby sam czekał aż nadejdzie odpowiedni moment by to zrobić. Zaczynamy się całować. Najpierw delikatnie, potem coraz namiętniej. Dreszcze i drżenie ustępują miejsca walącemu jak młot sercu i nierównemu, płytkiemu oddechowi. Robimy to coraz mocniej, jak gdyby żadne z nas nie chciało ustąpić drugiemu, jak gdyby każde chciało pokazać drugiemu jak bardzo, oraz od jak dawna tego pragnęło. Nasze języki łączą się w coraz szybszym tańcu, w którym żaden nie chce zakończyć pieszczot. W końcu po około 10 minutach odrywamy się od siebie. Żadne z nas nic nie mówi. Po prostu nadal trzymając się za policzki i nie oddalając się od siebie, patrzymy sobie głęboko w oczy. Po chwili Mike znów wpija się w moje usta. Tym razem nasze języki tylko delikatnie się drażnią. Kolejny taniec odbywa się za kolejnym i kolejnym i kolejnym i kolejnym razem. Mija kolejna godzina, nie wiem już nawet która jest. Mam to gdzieś. Liczy się tylko ta chwila, tylko Mike, tylko ja i Mike. Siedzimy w ciszy wtuleni w siebie, nic nie mówiąc. Czuję się bezpieczna, czuję bicie jego serca, jego ramowy oddech, ciepło. To najpiękniejsza chwila jaką przeżywam w życiu. W końcu nie dzieje się ona na jawie, tylko w rzeczywistości. W głębi duszy nie mogę uwierzyć w to co się stało. Spełniły się moje marzenia, te najbardziej skrywane, o których miało okazję wiedzieć tylko nieliczne grono osób. Nagle przypominam sobie o czymś ważnym, czymś, co niszczy wszystko o czym dotychczas myślę. Cicho mówię:
- Mike ?
- Tak - delikatnie wyszeptuje mój ukochany.
- Co, co z Anną ? Przecież to Twoja żona - pytam szeptem z niepewnością w głosie.
- Nie myśl teraz o tym. Nie myśl o Niej, proszę... Mirando, wszystko Ci wyjaśnię, ale nie teraz, proszę.
Odpowiadam mu pocałunkiem, po czym znów wtulam się w jego miękki tors.
- Dobrze kochany, dobrze...


Fragmenty tekstów pochodzą z piosenek: Nothing Else Matters, Metallica oraz November Rain, Guns n' Roses.

czwartek, 25 października 2012

Leave Out All The Rest Part 8.


No więc jestem z zapewne wyczekiwanym Partem 8. Dlaczego wyczekiwanym ? Powód dobrze znacie ;p Co prawda mam nie odparte wrażenie że nie jest to dobry rozdział i że w sumie nic nie wnosi, no ale...czasami muszą też być i takie "tłumaczące" jak ja to mówię rozdziały. Cóż, nie ma co się dalej rozgadywać. Zapraszam do czytania i komentowania :) Pozdrawiam, Cassandra ;D


Myślisz, że dostałeś wszystko to co we mnie najlepsze ?
Myślisz, że to Ty ostatni się śmiałeś ?
Założę się, że myślisz, że wszystko co dobre odeszło.
Myślisz, że zostawiłeś mnie załamaną,
myśląc, że przybiegnę z powrotem.
Kochanie nie znasz mnie, bo jesteś śmiertelną pomyłką...



Siedząc w kuchni z kubkiem gorącej herbaty, nadal nie mogę uwierzyć w akcję, która miała miejsce zaledwie pół godziny temu. Z jednej strony jestem rozbita i smutna, a z drugiej skaczę z radości widząc osoby, które w pewien sposób mnie uratowały i wspominając to jak dowaliłam Dominikowi.
- Boże, gdyby nie wy pewnie bym się z nim pobiła - mówię z pewnością w głosie.
- Co ?! Pobiła ?! Czekaj czekaj... Ten gość byłby w stanie Cię uderzyć ?! - widzę w oczach obu mężczyzn narastającą złość.
- Kiedyś nie...ale teraz ? Podejrzewam że tak...On ostatnio naprawdę strasznie się zmienił. W sumie...to trochę moja wina że to nastąpiło, ale...On sam tego chciał ! - odpowiadam smutno.
- Dobra, nawet jeśli to Twoja wina to i tak nie usprawiedliwia zachowania tego palanta ! Nie lubię krzywdzić ludzi, ale w tej chwili bardzo chętnie bym mu wpierdolił, naprawdę - mówi Koreańczyk z miną co najmniej porównywalną do głodnej hieny. Gdyby nie okoliczności to pewnie zaczęłabym się śmiać, ale teraz jedyne z czego się cieszyłam to z faktu kto pomógł mi wyjść z opresji.
- Dokładnie ! Sam osobiście bym mu pourywał kończyny – mówi równie wkurzony Chester.
- Ejj...czekajcie...a tak w sumie...skąd wy się w ogóle tu wzięliście ? Nie żebym miała Wam za złe to że tu jesteście, bo się cieszę jak mały dzieciak na gwiazdkę, ale...skąd Wy w ogóle...no ymm ?
- Zdobycie Twojego adresu to naprawdę nic trudnego, biorąc pod uwagę że wczoraj Shinoda Cię odwoził i nie wykasował z nawigacji Twojego adresu - odpowiada Chester uśmiechając się do mnie.
- Taa, nie żebyśmy mu grzebali w samochodzie, nie...no co ty...to nie my, a już na pewno nie ja...prędzej Remy - odpowiada Joe robiąc głupkowatą minę.
- Ymm, aha - mówię nie mogąc z siebie wydusić nic konkretniejszego i mimo woli śmiejąc się - dziękuję Wam, naprawdę bardzo Wam dziękuję, za wszystko. A no i przepraszam Was za mój wygląd i nie ogarnięcie mieszkania, ale miałam z przyjaciółmi dość...hmm...można powiedzieć intensywną noc - śmieje się sama z siebie.
- Tym się naprawdę nie przejmuj. U Joe'go jest gorzej chociaż ma sprzątaczkę - Chaz spogląda na Joe'go, który robi groźną minę.
- Pfff...ja nie mam wcale bałaganu. To artystyczny nieład - z oburzeniem odpowiada Joe.
- Tak, na pewno ! Chyba artystyczny syf, bo inaczej tego nazwać nie można - ripostuje Chester śmiejąc się - naprawdę współczuję Brendzie i Heidi. Muszą mieć anielską cierpliwość, a już na pewno Heidi.
- Hmm... no a w jakiej sprawie do mnie przyjechaliście - po chwili namysłu pytam -  jeśli można wiedzieć ? Wiecie, co jak co, ale akurat najmniej spodziewałam się tego że część składu mojego ukochanego zespołu obroni mnie przed byłym chłopakiem psycholem - uśmiecham się blado, przypominając sobie niemiłe wydarzenia jakie miały miejsce rano.
- No, to już tajemnica zawodowa, ale powiem Ci tylko jedno - ubieraj się i w ogóle bo jedziesz gdzieś z nami - odpowiada Chester uśmiechając się do mnie.
- Ja ? Jadę ? Z Wami ? - pytam wytrzeszczając oczy tak że pewnie wyglądam co najmniej jak nadepnięta żaba bo Joe się śmieje.
- No, co się dziwisz ? - przez śmiech odpowiada Joe - nie pytaj już o nic tylko ubieraj się, zgarniaj co trzeba i jedziemy ! - popędza mnie Koreańczyk, silnie przy tym gestykulując.
- Ok, już idę - już chcę wstawać, kiedy nagle słyszę hałas dobiegający z pokoju Anny i Victorii. Zza otwartych drzwi wychyla się Victoria, która mamrocze coś pod nosem i z zamkniętymi oczami szuka na podłodze...chyba komórki.
- Viki, telefon jest na szafce ! - mówię, nie mogąc opanować śmiechu. Victoria kiedy jest zaspana wygląda, jak gdyby co najmniej przeleciała przez dżunglę i została zmiażdżona przez dwa czołgi. Tak przynajmniej mówi o tym Ann. Kiedy moja przyjaciółka znajduje telefon, odwraca się, otwiera oczy i dziwnie spoglądając w moją stronie, powolnymi i ostrożnymi krokami zbliża się do kuchni. Wchodząc do niej robi minę jakby zobaczyła czyhającego na nią zabójcę z siekierą w dłoni. Stoi w dość dziwnej pozycji i wyłupiastymi oczami patrzy się na Joe'go i Chaz'a jak gdyby miała zaraz dostać wylewu połączonego z atakiem padaczki. Nie zważając na towarzystwo zaczynam się po cichu śmiać, a chwilę potem w moje ślady idzie Chester i Joe. Po chwili Viki nadal nie zmienia swojej miny i powoli nadal badawczo spoglądając na chłopaków opada na stojące obok niej krzesło. Powoli, niemal jak robot odwraca się w moją stronę, nadal utrzymując swój wyraz twarzy mogący przyprawić albo o chorobliwe przerażenie albo o chorobliwy śmiech.
- Mirando Taylor Cosgrove... - tutaj robi znaczącą przerwę i zdecydowanie zastanawia się nad czymś - czy mogę na chwilę Cię poprosić do pokoju obok, dosłownie na chwilę, na krótką rozmowę ?
Pytająco spoglądam na swoich gości którzy nie mają nic przeciwko. Viki wstaje i przepraszając ich bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę mojego pokoju. Kiedy już jesteśmy w nim zamyka drzwi, i patrząc na mnie badawczo pyta:
- ymm, czy.. Czekaj... Czy to jest ten taki fajny wokalista i ten DJ z Linkin Park, czy ja po prostu mam zwidy od nie wyspania czy czegoś ?
- Tak Viki, to jest Chester i Joe z Linkin Park - wypowiadając te słowa sama nie do końca w nie dowierzam, ale nadal zachowuję powagę i uśmiechając się delikatnie do Viki, czekam na jej reakcję. Przyjaciółka myśli chwilę po czym zdecydowanie chce mi odpowiedzieć, ale przerywa nam fakt iż do pokoju nagle wparowują Gabriel i Anna.
- Czy w kuchni siedzi jedna trzecia składu Linkin Park czy jesteśmy chorzy umysłowo ?! - pytają, a w zasadzie wykrzykują równocześnie tak głośno, że mam wrażenie że zaraz usłyszą ich w całym Los Angeles.
- Nie, nie macie zwidów i nie jesteście chorzy umysłowo. Tak w kuchni siedzi Chester i Joe z Linkin Park - odpowiadam ledwo powstrzymując śmiech, gdyż Gabi i Ann stoją razem w takiej pozycji, że cud, iż jeszcze nie wylądowali na ziemi. Widząc ich miny stwierdzam jednogłośnie, że razem z Viki, która jeszcze przed chwilą chciała coś powiedzieć - zamarli i raczej nie za bardzo wiedzą co mają zrobić.
- Zachowujcie się jak cywilizowani ludzie, błagam Was. Wystarczy już, że ja mam nieogarnięte ruchy - mówię śmiejąc się sama z siebie.
- Ty ?! Ty masz nieogarnięte ruchy ?! Ty, ty siedziałaś sobie z nimi w kuchni i normalnie gadałaś jak z najlepszymi kumplami ! I ty śmiesz mówić, że masz nieogarnięte ruchy ? - z udawanym oburzeniem odpowiada Gabriel. Co jak co - ścisza głos - ale ty już się z nimi spotkałaś na osobności, a ja ? Boże, przecież tutaj jest Chester, a ja ? Jak ja wyglądam ? - ciągnie Gabi.
No tak, zapomniałam wspomnieć o tym że każde z moich przyjaciół trochę słucha LP, jednak dziewczynom podobają się tylko niektóre piosenki. Gabi to inna sprawa. Nie dość że zaraził się ode mnie całą muzyką LP, to jeszcze podoba mu się Chaz.
- Gabi...nie przesadzaj. Nie wyglądasz źle. Poza tym Oni rozumieją, że mamy bajzel i że jesteśmy tylko ludźmi. Oni też są tylko normalnymi ludźmi...co prawda grającymi w jednym z najsławniejszych zespołów na świecie, ale to nie zmienia faktu, że jak każdemu im też się nie chce czasem posprzątać czy coś... - tłumaczę przyjacielowi, który po tym jeszcze przez krótką chwilę silnie gestykulując brzęczy coś pod nosem -  niby to do mnie, niby do siebie.
- No dobra, już, już, Gabi, spokojnie...skończyłeś już ? - chwytając go za ramiona, Ann opanowuje jego wewnętrznego potwora, który w tym momencie chyba chciał z niego wyjść, ale na szczęście mu się nie udało. Wewnętrznym potworem razem z Nią nazywamy nasze - jak gdyby - drugie oblicza, te bardziej hmm...może nie mroczne, a szalone i zupełnie nieopanowane. Biorąc pod uwagę jaki jest wewnętrzny potwór Gabriela, dobrze że się opanował, bo zaraz rozniósłby nasze mieszkanie latając po nim jak tornado i robiąc nie wiadomo co i po co. Tak wiem...to głupie, ale my jako przyjaciele mieszkając razem ze sobą, bardzo często miewamy takie odpały, że szkoda mówić. Z resztą po co ja to tłumaczę...każdy z nas ma takie odpały nawet samemu. W tym momencie zauważam że Viki chyba przeszło zatkanie i zaczęła jakoś dziwnie pokrzykiwać:
- Viki ? - pytam obserwując ją badawczo - czy Ty na pewno nie musisz się jak najszybciej udać do lekarza psychologa pierwszego kontaktu, albo co gorsza od razu do szpitala ? - pytam sarkastycznie, jednak nadal zachowuję powagę.
- Nie, nie, nie, nie trzeba...tylko kurde noo, mmm, noo... - patrzy na mnie dziwnie przebierając nogami i zwijając ręce w co najmniej dziwne hmm... kłęby ? Chyba można tak to nazwać.
- No, Viki wyduś to z siebie - uśmiecham się do dziewczyny, bo już widzę, że to jest jej standardowy napad nie wiadomo jaki - ale zawsze taki miewa jak się spotyka z kimś z zespołu, który przynajmniej lubi. Jak jechała na jakiś koncert Green Day (a była na co najmniej sześciu) to tak samo się zachowywała, tyle, że już trzy tygodnie przed nimi. Z resztą, ja też nie zachowywałam się lepiej ani przed każdym koncertem Linkin Park, Summitem, ani przed wczorajszym spotkaniem...
- No bo....poczekaj - widzę po jej minie, że ma ochotę się wydrzeć. Tak, Viki jest szalona i nieogarnięta chyba od urodzenia, zawsze kiedy się z czegoś straszliwie, ale naprawdę tak mega cieszy - drze się, piszczy, skacze, przebiera nogami, biega wymachując dziwnie rękami i co tylko jeszcze innego jej przyjdzie do głowy.
- Viki błagam Cię tylko nie... - no i nie zdążyłam. W tym momencie Viki wybucha takim krzykiem, piskiem czy czymkolwiek do tego zbliżonym, że Wszyscy w trójkę zatykamy uszy, chowamy się pod kołdrę i wszystko inne co wpadnie nam pod rękę byleby zagłuszyć jej wycie. Po jakiś 30 sekundach regularnego cholera jasna wie czego, Viki dostaje plaskacza w ramię od Ann i się ogarnia. Fakt faktem, Anna zawsze jest z naszej czwórki najbardziej ogarnięta i ma wręcz anielską cierpliwość, jednak jak już ją straci (co często zdarza się tylko wobec zachowań Viki) to nie ma żartów.
- Ałaa !! Nie musiałaś mnie od razu bić ! Pfff... - odpowiada po chwili oburzona Victoria, która nadal rozmasowuje ramię w które oberwała.
- Przepraszam, ale akurat musiałam, bo standardowo chciałaś nas wszystkich łącznie z członkami LP w kuchni ogłuszyć, a nie mamy zamiaru pozbawić ani ich, ani siebie - a zwłaszcza ich - słuchu - odpowiada Ann już zupełnie spokojna. Nie wiem jak Ona to robi, że potrafi się tak szybko uspokoić, ale tak czy inaczej za to ją podziwiam, tak samo jak za kilka innych bardzo ważnych rzeczy. W tym momencie cztery pary oczu znajdujące się w pokoju zwracają się automatycznie w stronę drzwi, do których ktoś puka. Ja pierwsza ruszam się z miejsca i otwieram je, a po wykonaniu tej czynności zostaje nagle staranowana przez moich kochanych przyjaciół, a dokładniej Viki i Gabiego. Ahh...co ja takiego komu zrobiłam żeby mnie tak traktowali ? Ledwo unikam upadku na ziemię, po czym odpycham do tyłu swoich przyjaciół, którzy aktualnie wiszą mi na plecach patrząc na Chester'a jak w obrazek.
- Ymmm, to może ja jeszcze pójdę na chwilę do kuchni i poczekam, bo chyba Wam przeszkadzam. A tak w ogóle to...wszystko ok ? - badawczo i z co najmniej z dziwną miną pyta Chaz.
- Nie, nie musisz. My już skończyliśmy rozmowę - kładąc nacisk na ostatnie słowo, znacząco patrzę na przyjaciół w celu dania im do zrozumienia aby zachowywali się normalnie - Tak, wszystko ok, tylko Victoria dostała napadu i próbowała nas ogłuszyć, spokojnie nic poważnego - uśmiecham się - a tak w ogóle to, to są moi najlepsi przyjaciele z którymi mieszkam - piszcząca i na okrągło się drąca, szalona, ale kochana Viki - mówię wskazując na przyjaciółkę, która nagle zrobiła minę potulnego baranka i podając rękę Chester'owi uśmiechnęła się delikatnie - równie szalony, aczkolwiek bardziej nad sobą panujący Gabriel i najrozsądniejsza, a zarazem najpoważniejsza Ann, bez której nie raz zginęlibyśmy z głodu, pragnienia i tym podobnych czynników - uśmiecham się do Ann, która podchodzi i zaraz po Gabrielu podaję rękę wokaliście, mile się uśmiechając - a to jest moi drodzy Chester Bennington, wokalista Linkin Park, którego przedstawiać Wam nie muszę - spoglądając do tyłu ujrzałam Joe'go - oraz DJ tego oto samego zespołu, Joe Hahn, którego także nie muszę Wam przedstawiać - uśmiecham się dyskretnie i widząc uśmiech na ustach Chaz'a i Joe'go zapraszam ich z powrotem do kuchni.
- No dobrze, to my pójdziemy porozmawiać do kuchni, a ty się ogarniaj bo nie żeby specjalnie, ale słyszałam że gdzieś jedziecie - mile mówi Ann, dając mi znak, że zapanuje jakoś nad Victorią i Gabrielem, którzy - nie ukrywam - jak już zaczną razem coś odwalać, to nie mogą skończyć.
- Jestem za - odpowiada Joe uśmiechając się do mnie.
- Hmm...ok - odpowiadam po krótkim namyśle, a Ann widząc zgodę na mojej twarzy zamyka drzwi od mojego pokoju.

                                                 ***

Jakieś pół godziny później jestem już po ekspresowym prysznicu, ubrana, ogarnięta i gotowa do wyjścia. Wchodząc do kuchni widzę że Anna jak zawsze nad wszystkim zapanowała, a aktualnie wraz z Chesterem, Joe, Viki i Gabrielem prowadzi ciekawą rozmowę o muzyce. Boże, co ja bym bez niej zrobiła ? Przysłuchuję się rozmowie bez słowa, opierając się o ramę od drzwi, przez jakieś 10 minut, po czym Chester zagaduje:
- Już jesteś gotowa ?
- Tak, znaczy...dokładniej od jakiś 10 minut, ale tak fajnie rozmawialiście, że nie chciałam Wam przerywać - uśmiecham się widząc uśmiech na twarzy całego towarzystwa.
- Ok, tak więc bardzo nam przykro ale musimy się zbierać. Pogadamy jeszcze innym razem - miło żegna moich przyjaciół Chester - a w sprawie autografów też jakoś się zgadamy - mówiąc to puszcza do mnie oczko, a ja rozumiejąc o co chodzi uśmiecham się. Widzę minimalną zazdrość połączoną z zadowoleniem malującym się na twarzach Viki, Gabiego i cały czas uśmiechniętej Ann. Również żegnam się z przyjaciółmi, po czym zabierając torbę, wraz z Chester'em i Joe'm schodzę na dół. Na parkingu obok mojego bloku stoi Honda Chester'a, w którą wsiadamy. Kiedy jedziemy już w stronę centrum Los Angeles, z zaciekawieniem pytam:
- Powiecie mi w końcu gdzie i po co jedziemy, czy nadal mam pękać z ciekawości ?
- Nie, to sprawa oficjalnie strzeżona przez CIA, NSA, FBI, Departament Policji w Los Angeles i Departament Policji imienia Linkin Park, tak więc na razie o nic nie pytaj - żartuje Joe.
- Hmm...no, skoro to takie poważne to już się zamykam - uśmiecham się widząc uśmiech na ustach Chaz'a.
Dalej rozmawiając z chłopakami nie zauważam nawet kiedy stajemy na parkingu pod Warner Brosem. Wysiadam z samochodu i czekam na dalsze poczynania chłopaków. Razem z nimi udaję się do wieżowca w którym mieści się ich studio, następnie wjeżdżamy windą, tak jak za pierwszym razem na 54 piętro i idziemy do Studia 1 - studia głównego. Idąc tak zauważam, że podświadomie coraz bardziej się denerwuję. No tak, kto by się na moim miejscu nie denerwował ! Czując narastające podniecenie i radość, które towarzyszyły mi od wczoraj, wchodzę do studia. Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak ważną dla mnie niespodziankę przygotowali moi idole...

                                                   ***

No, wszystko gotowe ! Teraz mi i chłopakom pozostaje tylko czekać na to aż Chester i Joe przyprowadzą Mirandę. Wczoraj opowiadała nam o swojej miłości do muzyki, o kapeli, której działalność musieli zawiesić z powodu śmierci mamy przyjaciółki i jej wyprowadzki na Florydę, o tym na czym gra i co w tym kocha, w zasadzie o wszystkim. Wstając rano uświadomiłem sobie że kiedyś Malcolm, przyjaciel Phoenix'a prowadzący klub na 2nd Street w dzielnicy South Park, dał nam do przesłuchania dema i płyty mało sławnej kapeli garażowej grającej u niego co piątek koncerty, która niedługo potem niestety zawiesiła swoją działalność. Kojarząc fakty i pamiętając że ich muzyka była świetna, znalazłem te dema u siebie w szafce i przesłuchałem je kilka razy. Tak ! To na pewno kapela Mirandy, poznałem to po tym specyficznym, delikatnie zachrypiałym, jednak pięknym, wywołującym dreszcze głosie i jakże wyrazistym screamie, który ujawniał się w refrenach, nadając drapieżności każdej piosence. Do tego co jakiś czas w poszczególnych piosenkach wcinał się rap. Raz rapowała jakaś dziewczyna, raz chłopak, w kilku piosenkach zarapowała nawet Miranda. Co do muzyki ? Hmm...numetal z metalem, rockiem, rapem, grunge'm i elektroniką ? Tak, to bardzo dobre połączenie. W przypadku The Enemy's Gate na prawdę było ono świetne. Bardzo zróżnicowana, czasami ostra jak brzytwa, czasami delikatna jak aksamit muzyka w połączeniu z pięknym głosem Mirandy i rapem innych członków zespołu, tworzyła mieszankę wybuchową. Teksty też były dobre. W niektórych dało się wyczuć że były pisane młodą ręką i układane przez młody umysł, jednak mimo tego na prawdę były dobre, mówiące o życiu, uczuciach, miłości, bólu, cierpieniu, kilka nawet o namiętności i religii...hmm...naprawdę ciekawe. Po zatopieniu się w tą istną mieszankę stylów i przeróżnych umysłów pomyślałem, że urządzę z chłopakami u nas w jednej części studia kawałek dla Niej. Będzie to miejsce w którym będzie mogła pisać, tworzyć, grać, czasami pomagać nam, no i przede wszystkim...będzie blisko nas, blisko Linkin Park, blisko mnie. Tak, to była właśnie pierwsza rzecz o jakiej pomyślałem przedstawiając chłopakom swój plan. Miranda będzie blisko mnie. Ahh...Shinoda, Shinoda ! Dalej ta myśl chodziła mi cały czas po głowie, podczas układania sprzętu i robienia porządku w Studiu 2, bo stwierdziliśmy, że Studio 2 najlepiej się na to przedsięwzięcie nadaje, bo ma przejście do Studia 1, w którym zazwyczaj najczęściej siedzimy i komponujemy. Wytwórnia ani Rick i tak nic nam nie zrobią, bo teoretycznie całe piętro jest nasze, Mirandę wpiszemy na umowę jako współpracownika zespołu, a Rick będzie zadowolony że ściągamy nowe utalentowane osoby. No i już. Niespodzianka gotowa. Reszta od razu łyknęła mój pomysł i zabraliśmy się do pracy. W niecałe 2 godziny przygotowaliśmy i ogarnęliśmy Studio 2 tak, aby Miranda mogła tutaj wstawić swój sprzęt, instrumenty i tak dalej. Widząc rezultaty naszej pracy, jednogłośnie stwierdziliśmy że Mirandzie na pewno spodoba się nasza propozycja. Chester i Joe pojechali po nią, bo jak to ujął Joe "Ty Shinoda nie jedziesz, bo jesteś zabujany i jeszcze się zabijesz". Czasami na prawdę miałem ochotę zabić...nie siebie oczywiście, ale Joe'go...na prawdę... Teraz siedzę z Rob'em, Brad'em i Phoenix'em w Studiu 1. Studio 2 zamknęliśmy tak na wszelki wypadek na klucz. Czuję się jakbym siedział na szpilkach...im szybciej do przyjazdu Mirandy, tym bardziej zaczynam się obawiać jej reakcji. Shinoda ! Panuj nad sobą, panuj człowieku ! Znowu czuję się jak 16-letni szczeniak idący na pierwszą randkę. Pff...to śmieszne i dziwne biorąc pod uwagę że mam 35 lat na karku, ale cóż, czy ktoś powiedział że jestem normalny ? Reszta próbuje mnie jakoś ogarnąć, ale coś im chyba nie za bardzo to idzie. Podskakuję z miejsca widząc jak otwierają się drzwi, a do pomieszczenia w którym siedzimy wchodzi Chaz, Joe i Miranda. Uff...naprawdę boję się jej reakcji, ale w środku mam nadzieję że Jej się spodoba. Tak, spodoba się Jej, Mike, na pewno się jej spodoba...


Fragment tekstu pochodzi z piosenki Stronger (What Doesn't Kill You), Kelly Clarkson.

piątek, 19 października 2012

Leave Out All The Rest Part 7.

Dzień Dobry, Cześć i Czołem Wszystkim :) Przybywam z kolejnym Partem i myślę że przyda się on, bo pokazuję że jednak nie wszystko jest takie sweet, super kolorowe jak było w poprzednich częściach. Nie mówię że od razu wszystko się wali, sypie i w ogóle, ale ta część jest pewnego rodzaju zapowiedzią. Czego ? Przekonacie się potem, czytając dalsze części :) Z tym partem wnoszę też w swoje opowiadanie nową, bardzo dla mnie ważną rzecz. Mianowicie cytaty z piosenek i nie tylko. Często to dzięki nim na myśl przychodzi mi co napisać i często to przy nich właśnie piszę. Przy ukochanych piosenkach. Czasami owe cytaty będę wcięte w tekst, ale sądzę że częściej będą się One pojawiały tak na dobre rozpoczęcie czytania i nawiązanie do rozdziału zarazem :) Dziękuję Wszystkim za komentarze tutaj, na Twitterze, na Facebook'u itd. :D No nic, więcej już nie gadam bo w sumie jak zawsze się rozpaplałam a nie zbyt jest o czym xD Zapraszam do czytania i komentowania :) Mam nadzieję że Wam się spodoba ;) Pozdrawiam, Cassandra ;p


When this began,
I had nothing to say 
and I'd get lost in the nothingness inside of me. 
I was confused...
And I let it all out to find, that I'm 
not the only person with these things in mind.
Inside of me... 
But all the vacancy the words revealed, 
is the only real thing that I've got left to feel.
Nothing to lose...
Just stuck, hollow and alone.
And the fault is my own,
and the fault is my own.


Wchodząc do domu słyszę błogą ciszę. Zastanawiam się czy Anna położyła już dzieci do spania. Sprawdzam wszystkie pomieszczenia na dole, ale nikogo tam nie ma. Najwyraźniej moja żona zaraz po kłótni ze mną sama się położyła. Ehh... Szczerze to się nawet cieszę, że poszła spać. Nie, żeby nie chciało mi się z nią gadać, ale i tak każda z naszych rozmów prowadzi do kolejnej kłótni, więc po co w ogóle mamy rozmawiać, skoro nie umiemy dogadać się jak ludzie ? Wchodząc na górę jak zawsze uderzam o tą jebaną etażerkę, jednak teraz, mimo bólu nie klnę już na nią. Boże, pomyśleć że to ja wstawiłem to ustrojstwo w tak niefortunne miejsce ! Po prostu przystaję na chwilę, czekam aż ból minie i dalej nie przestaję o Niej myśleć. Patrzcie co zauroczenie może zrobić z człowiekiem. Nawet nie czuję już bólu. W tym momencie przypominam sobie wydarzenia całego dzisiejszego dnia i nie mogę przestać się do siebie uśmiechać. Mam ochotę wybiec na ulicę i wykrzyczeć wszystkim, że jestem zakochany. Tak, spoko, nawet nie wiem czy to uczucie to na pewno miłość, ale i tak mam nieodpartą ochotę to zrobić. Powstrzymując się z trudem od tego desperackiego czynu, zaglądam do pokojów dzieci. Otis jak zawsze zrzucił z siebie kołdrę która z rozmachu powędrowała na drugi koniec pokoju. Boże, nigdy nie wiedziałem jak On to robi. Robił tak na okrągło od czasu kiedy skończył 3 lata. Swojego czasu obserwowaliśmy go z Anną, żeby zobaczyć jak to robi, jednak mimo iż widzieliśmy to nie raz - do dziś nie wierzymy, że to możliwe. Okrywam go ową kołdrą po czym sprawdzam jak śpi mała. Megan standardowo śpi jak aniołek. Widząc jej spokojną, wręcz anielską buźkę - mój humor ulega jeszcze większej poprawie. Nie żeby Megan była moją ulubienicą czy coś z tych rzeczy, bo kocham i Ją i Otis'a tak samo, ale po prostu Ona od dziecka śpi bardzo spokojnie. Patrząc na nią - każdy, nawet najbardziej wkurzony człowiek by się uspokoił i uśmiechnął. Całuję ją w czoło, po czym zmierzam do sypialni. Wchodząc widzę ciemną postać siedzącą na łóżku. Anna płynnym ruchem podnosi głowę i zapala lampkę nocną. Widać, że płakała. W tym momencie czuję się jak ostatni skurwiel. Kiedyś, dawno temu powiedziałem sobie, że nigdy, żadna kobieta nie będzie przeze mnie płakać. A teraz co ? Co prawda wina za naszą kłótnie wisi na nas obu, jednak ja czuję się jakby ciążyła tylko i wyłącznie na mnie.
- Jednak nie nocujesz u Brad'a ? - pyta zimnym tonem.
- Nie - odpowiadam krótko.
- Mogę chociaż wiedzieć gdzie byłeś przez tyle czasu ?
- W studiu, mieliśmy spotkanie z fanką. Przecież Ci mówiłem...
- Mike, nie kłam, proszę, zniosę najgorszą prawdę, ale nie kłam.
- Nie kłamię, mówię jak było. Byliśmy w studiu, pokazywaliśmy jej sprzęt, teksty, stare dema, linie melodyczne, grafiki i tak dalej - opowiadam równie zimnym tonem jak moja żona.
- Mike, dobrze wiem, że byliście wszyscy razem z tą "fanką" w studiu, jednak powiedz mi jakim cudem potem nagle przenieśliście się do restauracji, a po skończonym miłym spotkaniu Ona zamiast wracać do domu, razem z Tobą wsiadła do Twojego samochodu i gdzieś pojechała ? - w tej chwili nie poznaję jej. Patrzy na mnie zarazem z ogromnym smutkiem i pogardą... Nigdy jeszcze jej takiej nie widziałem. Pomijając moje odczucia na temat Anny nie wierzę w jej słowa:
- Anna, ty, Jezu ! Ty mnie śledziłaś ?! - bez zastanowienia, nagle wybucham, nie zważając na porę ani śpiące za ścianą dzieci.
- Mike, uspokój się ! Nie, nie śledziłam Cię. Po prostu Caroline była akurat w tym samym czasie w tej restauracji i widząc Was zadzwoniła do mnie - tłumaczy się Anna. 
No tak... Zapomniałem, że młodsza siostra mojej żony pracuje w firmie mieszczącej się niedaleko tej restauracji. W lokalu wydawało mi się, że ją widziałem, ale nie byłem pewien, a Ona wyszła za szybko abym mógł się upewnić.
- Tak też myślałem. No i co z tego, że byliśmy w restauracji ?! Wytwórnia zarezerwowała nam stolik na spotkanie - wzburzony, jednak jeszcze nadal nad sobą panujący odpowiadam, kobiecie która nadal patrzy na mnie tym strasznym, pełnym smutku i podejrzliwości wzrokiem.
- Nie chodzi o to dlaczego byliście wszyscy razem w tej cholernej restauracji, tylko o to dlaczego potem razem gdzieś pojechaliście ?! Ty i ta dziewczyna, rozumiesz ?!
- Dlatego, że chciałem ją odwieźć, biorąc pod uwagę, że nie miała samochodu, a mieszka dosyć daleko od centrum Los Angeles !
- Tak, to dlaczego akurat ty musiałeś ją odwieść ?! Nie mógł tego zrobić Joe, Chaz albo Phoenix ?! Musiałeś akurat ty ?! Poza tym, Ona chyba nie mieszka tak daleko od centrum, żebyś odwoził ją prawie 4 godziny ?! 
- Po jej odwiezieniu musiałem coś jeszcze załatwić, czy to jest takie trudne do zrozumienia ?! Anna ! Co się z Tobą do cholery dzieje ?! Nigdy taka nie byłaś! O co Ci chodzi ?!
- Mike ! Mi o nic nie chodzi.. Chcę, żebyś był ze mną szczery, rozumiesz ?! Szczery ! Wolę żebyś powiedział mi najgorszą prawdę niż kłamał w żywe oczy ! Pojmujesz to ?! Za bardzo Cię kocham, żeby za kilka miesięcy dowiedzieć się że cały czas kłamałeś ! wolę znać prawdę od razu ! 
- Akurat tak się składa, że nigdy Cię nie okłamałem ! Poza tym, o jaką prawdę Ci chodzi jeśli można wiedzieć ?!
- O taką czy kogoś masz ?! - w tym momencie w oczach kobiety znów stanęły łzy, a Ona ukrywając je jak najszybciej udała się do łazienki. 
Mike, ty debilu ! I co żeś narobił, padalcu ?! Po raz kolejny zraniłeś kobietę... W dodatku własną żonę. Kurwa ! Przeklinając na siebie w myślach słyszę dobiegający zza moich pleców głos Otis'a.
- Tatusiu, co się stało, że mama płacze ? - pyta mały, którego najwyraźniej obudziły nasze krzyki. Szybko się ogarniam i przykucając odpowiadam:
- Nic kochanie. Wiesz, po prostu, czasami tak jest, że dorośli pokłócą się o coś, o jakąś kompletną głupotę i sprawiają sobie nawzajem przykrość - mówię pełnym opanowania głosem i widząc ciemno-brązowe zaspane oczy swojego synka, biorę go na ręce i zanoszę do łóżka. 
- Śpij Otis, jutro Ci wszystko wyjaśnimy z mamą, ok ? Obiecuję.
- Na pewno ?
- Tak, na pewno - odpowiadam uśmiechając się blado.
- Dobrze tato, to ja idę już spać. Kocham Cię - odpowiada mały ściskając moją szyję. Przytulam synka i widząc po około 20 minutach, że zasnął - kładę go i okrywam kołdrą. Na koniec daję mu całusa w czoło i idę zobaczyć czy Megan nadal śpi. Ją również okrywam i całuję po czym widząc, że Anna też już się położyła, zabieram drugą kołdrę i poduszkę i schodzę na dół do sypialni dla gości. Kładąc się do łóżka, rozmyślam nad całym tym dniem, spotkaniem, kłótnią z Anną, oraz nad tym co zrobić. W końcu po około godzinie głębszych rozmyślań, podczas których nadal wytykam sobie jaki ze mnie cham - zdaję sobie sprawę, że mimo ciągłych kłótni i niezgody nadal czuję coś do Anny. Nie wiem tylko czy dalej można nazywać to miłością, czy bardziej przywiązaniem przez te wszystkie lata spędzone razem. Jeśli nawet nadal kocham Annę to co w takim razie się ze mną dzieje, że ciągle myślę o Mirandzie ? Ba, żebym tylko myślał. Dzisiaj cieszyłem się jak palant jak ją zobaczyłem, od samego rana buszowałem w studiu...po co ? Żeby posprzątać. Przecież wiadomo, że nikt nigdy (ew. czasami Babki z wytwórni) nie sprząta w naszym studiu, a ja pojechałem tam o 9 rano tylko po to, żeby poukładać segregatory, papiery itd. Co się ze mną do cholery dzieje ? Do tego przed spotkaniem denerwowałem się jak jakiś 16 letni szczeniak idący na pierwszą randkę. Mam mentlik w głowie. Co się dzieje, że nie możemy dojść z Anną do zgody, skoro Ona sama powiedziała dzisiaj, że nadal mnie kocha ? Co najgorsze... Co jeśli okaże się że do Anny jestem tylko przywiązany, a kocham inną ? Nie mówię tutaj tylko o Mirandzie - mówię ogólnie. Nie chcę zranić Anny, chociaż i tak już od dawna wzajemnie się ranimy. Nie wiem dlaczego, ale nagle czuję się jakby ktoś wrzucił mnie w ogromny wir, z którego nie ma ucieczki i w którym muszę wybrać pomiędzy kilkoma cholernie dla mnie ważnymi rzeczami. Tak czy inaczej - niezależnie od tego co się stanie - muszę dowiedzieć się jednej, w zasadzie dwóch, chyba najważniejszych w tym momencie rzeczy. Kogo tak naprawdę kocham i kto tak na prawdę kocha mnie...? Z tą myślą zasypiam.

                                                              ***

Z mocnego snu wyrywa mnie nagły, ostry dzwonek do drzwi i pukanie. Dźwięk cholernego dzwonka jest jak brzytwa tnąca na kawałeczki błogą ciszę panującą w mieszkaniu. Wstając, czuję, że moje powieki odmawiają posłuszeństwa i nie otworzą się z łatwością, jednak po chwili siedzenia na łóżku udaje mi się je otworzyć. To skutek przegadanej nocy z przyjaciółmi. I co z tego że spałam zaledwie godzinę ? I tak była to najlepsza, przegadana noc w życiu. Opowiadając przyjaciołom o wydarzeniach wczorajszego już dnia, drżałam z emocji i podniecenia. Do teraz kiedy przypominałam sobie dotyk Mike'a podczas uścisku, drżałam jakby ktoś jeździł mi po plecach kostkami lodu. Po chwili znów słyszę ostry dzwonek i nasilające się mocne pukanie do drzwi. Oburzona wstaję i po drodze zdaję sobie sprawę, że tylko mnie obudził ten przeraźliwy hałas. Z rozmachem otwieram drzwi. Moim oczom ukazuję się osoba dobrze mi znana, ale jednak w ostatnim czasie tak obca i daleka, że nie czuję już nawet, że spędziłam w związku z nią prawie dwa lata. Niby ma miłą minę, jednak w jego oczach widać złość, frustrację i pogardę, które w tym momencie nim kierują. Bierze mnie za nadgarstek i wywleka na korytarz z taką siłą, że nawet nie wiem kiedy drzwi za mną się zamykają. 
- Co ty do cholery robisz ?! - wykrzykuję wkurzona.
- A ty co ? Myślałaś, że możesz się oderwać od swojego chłopaka nie odbierając od niego telefonów ? Dobrze wiem, że wczoraj byłaś na tym całym spotkaniu i z pewnych źródeł dobrze wiem, że ten palant nie wiedzieć czemu odwiózł Cię do domu - mówi spokojnym a zarazem bardzo pogardliwym i chamskim tonem.
- Mike nie jest palantem ! - krzyczę, jednak po chwili widząc, że nie wygram krzykiem, uspokajam się jak tylko najbardziej mogę i tak samo jak mój przeciwnik mówię spokojnym i opanowanym głosem:
- A tak w ogóle, to co Cię to obchodzi że On odwiózł mnie pod bramę? Wiesz, On zrobił to z grzeczności i kultury której ty, bardzo mi przykro, ale w ostatnim czasie nie masz.
- Tak ? Z grzeczności mówisz ? Ciekawe, czy każdą fankę drogi dobroczyńca Michael Shinoda odwozi po spotkaniach z zespołem do domu ? - w jego oczach widać błysk złości.
- Nie, nie każdą i co z tego ? Powinieneś się cieszyć, że dotarłam do domu nie dość że bezpiecznie, to jeszcze w dobrym towarzystwie...
- W dobrym towarzystwie, ahahaha, akurat...
- Wiesz, na pewno było to dla mnie dużo lepsze towarzystwo niż ty - ripostuję nadal zachowując spokój, który powoli zaczyna działać Dominikowi na nerwy.
- Niż ja ?! On jest dla Ciebie lepszym towarzystwem niż Twój własny chłopak ?! On ?! Gość którego nawet porządnie nie znasz ?! 
- Znam na pewno lepiej niż ty...
- Ahh... No tak ! Zapomniałem że przecież ty go kochasz ! Tak ! Kochasz gościa którego nawet nie znasz ! Napatrzyłaś się na jakieś pojebane filmy i Ci się kurwa w głowie poprzewracało ! Myślisz, że będziesz ze swoim wspaniałym Mike'iem ! Tak, on przyjedzie po Ciebie na białym koniu jak jakiś pieprzony książę, którym nigdy pewnie nie był i nie będzie, a Ty polecisz do niego i będziecie żyli długo i szczęśliwie ! 
- A z Ciebie niby co ? Wielki książę ? Wiesz, biorąc pod uwagę Twoje ostatnie wyczyny najprędzej możesz się stać księciem chamstwa i debilizmu, bo raczej nic innego nie będzie na Ciebie czekało... - odpowiadam unosząc delikatnie kąciki ust i prawą brew, tak aby mój grymas wyglądał jak najbardziej arogancko.
- Błagam Cię ! Nie łudź się że Twoje riposty coś dadzą ! I tak nawet jeśli będziesz z tym całym Shinodą, to potem wrócisz do mnie z podkulonym ogonem ! Jak mały, zbity szczeniak rozumiesz ?!
- Nigdy nie będę jak mały, zbity szczeniak! Nigdy nie upokorzę się aż do tego stopnia żeby się przed kimkolwiek płaszczyć, a już na pewno nie przed Tobą. Wiesz, istnieje coś takiego jak godność... Wiem, że w Twoim słowniku nie ma takiego słowa, ale mógłbyś je do niego dodać, bo często przerośnięte ego i ambicje to nie wszystko - w tym momencie widzę jak Dominik traci cierpliwość. Ewidentnie zniszczyłam go swoim spokojem. Zapewne nie może pojąć jak to zrobiłam, ale jednak, zdziwił się...
- Jeszcze tego pożałujesz ! – wycedza, ledwo hamując się od jakiegoś złego czynu - pożałujesz tego, że nigdy mnie nie kochałaś, że przez tyle czasu mnie oszukiwałaś !
- Sam tego chciałeś Dominik, sam tego chciałeś! I nie próbuj teraz zwalać winy na mnie! I tak wszyscy wiedzą, że sam przychodziłeś i płaszczyłeś się przede mną o to bym z Tobą nie zrywała, bym dała Ci jeszcze jedną szansę, bym Cię pokochała... A ja jak głupia zamiast dawno zakończyć tą farsę, dalej oszukiwałam i siebie i Ciebie. I wiesz co ? Teraz właśnie zdałam sobie sprawę, że nie potrzebnie oszukiwałam siebie, bo jednak marzenia mogą się spełniać, ogarniasz ? A ty zamiast przyjąć odrzucenie z honorem i poszukać szczęścia gdzie indziej i z kim innym, na darmo szukałeś go u mnie. Przykro mi ale niestety u mnie go nie znajdziesz. Na pewno nie teraz.
- Wiesz ?! Jesteś zwykłą dziwką ! Dziwką, bawiącą się uczuciami kochającego człowieka i nie doceniającą ich. Myślisz, że jesteś taka honorowa i godna ?! Mylisz się ! I tak ten cały Shinoda prędzej czy później Cię oleje ! Rozumiesz, oleje ! Zostawi Cię samą na pastwę losu. Wyrucha i wyrzuci jak starą zabawkę ! - w tym momencie nie wytrzymuję, z całej siły zaciskam pięść i chcę przywalić mu prosto w twarz, jednak ktoś mnie uprzedza. Oszołomiona rozwojem sytuacji zauważam tylko lecącą z nosa Dominika stróżkę krwi, która po jego upadku na ziemię szybko zamienia się w malutki strumyczek spływający na jego usta. Nadal nie wiedząc co się stało, przyciśnięta do ściany nerwowo rozglądam się na około. Zamieram. W tym momencie nie mam pojęcia co zrobić. Nie mogę się ruszyć, nie mogę nic powiedzieć, ani co gorsza - zrobić. Patrzę tylko jak wryta w dwoje ludzi stojących przede mną i sama nie wierzę w to co widzę.
- Wypieprzaj stąd, już ! - mówi podniesionym tonem jedna z osób, podnosząc Dominika za koszulkę z ziemi i popychając w stronę wyjścia na klatkę schodową - już Cię tu nie ma, rozumiesz ?! Wynoś się ! - powtarza druga.
Dominik ściera krew z twarzy po czym posyłając mi i obu osobom obok pełne pogardy spojrzenie, wychodzi tak szybko, jak gdyby bał się o własne życie. Nadal oszołomiona tym wszystkim i prawie że wciśnięta w ścianę, wpatruję się w ludzi którzy mnie obronili, a owe osoby odwracają się przodem do mnie. Jedna z nich pełnym troski, ciepłym tonem pyta:
- Wszystko ok ? Nic Ci nie zrobił ?
- Nnnie... - odpowiadam trzęsącym się głosem, nie mogąc uwierzyć w to co i kogo przed chwilą ujrzałam.


Fragment tekstu pochodzi z piosenki Somewhere I Belong, Linkin Park.

poniedziałek, 15 października 2012

Leave Out All The Rest Part 6.


Buuum !!! I o to jest wyczekiwane LOATR Part 6 ;) W sumie nic takiego super konkretnego się nie dzieję w tym rozdziale i mam wrażenie że poprzedniego nie przebije, ale mimo to mi się podoba i mam nadzieję że Wam też się spodoba :) Trochę przesłodziłam to wszystko...aż rzygam tęczą xD Ale myślę że trochę słodyczy nikomu chyba nie zaszkodzi ;p

Korzystając z okazji, co prawda bez wiedzy autorki ale co tam xD polecam Wam blog który pewnie i tak większość zna ;) http://the-body-bends-until-it-breaks.blogspot.com/  :D Naprawdę bardzo fajne opowiadanie ;D Przy okazji chciałabym też poprosić żebyście, jak oczywiście posiadacie, podawały/li w komentarzach swoje loginy na Twitterze, abym mogła Wam odpisywać na komentarze, bo naprawdę chcę to zrobić, a blogger niestety wygrywa ze mną walkę o moje własne komentarze xD No nic...kończę już tą gadaninę i zapraszam do czytania oraz komentowania :) Jak zawsze za Wszystkie komentarze bardzo, bardzo Wam dziękuję ;) Cassandra ;p

Dwa dni później.

Budzi mnie budzik w moim telefonie. Jest godzina 8:30, 29 sierpnia 2012. O mój Boże. To dzisiaj ! O 12:00 mam być pod Warner Brosem. Wyskakuję z łóżka jak oparzona i lecę do łazienki. Biorę krótką, ale za to aromatyczną i napełniającą mnie jeszcze lepszym (mimo, iż myślałam, że lepszego się nie da mieć) nastrojem kąpiel. Wcieram w całe ciało swój ulubiony balsam, po czym suszę włosy, myję zęby i ubieram się tak jak najbardziej lubię: obcisłe, czarne rurki, biała koszulka na naramkach, moja ulubiona ciemno-niebieska, sportowa marynarka i trampki w tym samym kolorze i odcieniu. Do tego duży, kwadratowy zegarek z czarnym, skórzanym paskiem na lewą, i kilka rzemyków na prawą rękę. Na szyję jeden z moich ulubionych nieśmiertelników, kolczyki-kulki w kolorze marynarki i trampek oraz moje ukochane srebrne pierścionki, z którymi nigdy się nie rozstaję: jeden na serdecznym palcu prawej ręki, drugi, szeroki na kciuku również prawej ręki, a trzeci, cienki na środkowym palcu lewej ręki. Delikatny makijaż, rzęsy, trochę czarnego i szarego cienia aby zrobić tzw. smookie eyes, delikatna i bardzo cieniutka kreska eyeliner'em, podkład i bezbarwny błyszczyk. No, no. Nie żebym się chwaliła czy coś, ale nawet niezła ze mnie laska. Cały ubiór dobrze komponuję się z makijażem i biżuterią, a prawie niewidoczny, okrągły kolczyk w nosie nawet dodaje mi uroku. Na koniec spryskuję szyję swoimi ulubionymi, delikatnymi a zarazem bardzo kobiecymi perfumami. Jestem gotowa. Na zegarku jest godzina 10:30. Nie chce mi się iść na pociąg pieszo, a samochodu nikt mi nie pożyczy. Dzwonię po taksówkę. A co mi tam.
- Taksówka będzie po panią za około 40 minut - odpowiada mile dyspozytorka.
Teraz pozostaje mi czekać.

                                                               ***

Dokładnie o 11:50 jestem już pod wytwórnią i czekam z zapartym tchem. Przedtem nie pomyślałam o tym, że będę się denerwować, ale teraz uświadomiłam sobie, że jestem zdenerwowana co najmniej jak przed pierwszą randką. Cała się trzęsę i stojąc w miejscu nerwowo przebieram nogami. Boże, Cosgrove ogarnij się ! Przecież to tylko Linkin Park i tylko Mike. O kurwa ! Nie to nie jest tylko Linkin Park i tylko Mike. To jest aż Linkin Park i aż Mike. Jeju, nie wyrobię ! Normalnie gdybym była tak zdenerwowana - strzeliłabym sobie lufę na odwagę i mimo iż na co dzień nie palę ani nie piję, zapaliła papierosa, albo po prostu zamknęła się w pokoju i włączyła muzykę na maxa, tak, że na pewno droga Pani Barrywhite przyszła by oburzona i z pretensjami że jej drogocenne, ręcznie rzeźbione w Kenii ramy od okien i jakże drogocenny żyrandol z kryształów zaraz odpadną czy coś... Ale to nie jest normalna sytuacja. To jest zajebiście ważna sytuacja, którą, umówmy się szczerze, ma okazję przeżyć rzadko który fan. Jest zaledwie 11:52, a ja czuję się jakbym stała tutaj co najmniej 24 godziny. Nagle na podjazd przed wytwórnią wjeżdża biały, hybrydowy Lexus CT 200h, a z jego wnętrza ukazuje się wołający mnie Rob. W pierwszym momencie nie zwracam uwagi na postać w środku, tylko na samochód. Nie jestem żadną blacharą, ale uwielbiam samochody i motory. To moja trzecia wielka pasja po muzyce i grafice. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się temu cacku kapuję, że osoba, która wysiadła z samochodu to Rob i że aktualnie idzie w moją stronę. Wgapiam się w niego jak w obraz, kiedy podchodzi i machając mi ręką przed oczami pyta czy wszystko ok.
- Tttak... - ledwo wyduszam z siebie, widząc rozbawienie w jego oczach.
- Spokojnie, wiem, że wielu fanów muruję na nasz widok, ale Ciebie chyba nie musi ! Nie denerwuj się, przecież jesteśmy normalnymi facetami - nie zjemy Cię, ani nic z tych rzeczy - uspokaja mnie nadal rozbawiony perkusista.
Rzucam się na niego i przytulam z całej siły, po czym delikatnie zażenowana odpowiadam:
- yyyyymm, no wiem, że nic mi nie zrobicie, ale emocje są silniejsze. A tak w ogóle to przepraszam, ale musiałam to zrobić - teraz to ja nie kryję swojego rozbawienia.
- Ahh ok ok, rozumiem - odpowiada nadal rozbawiony, a zarazem zdziwiony Rob.
- Trochę Cię to zszokowalo, wiem, to widać. Przepraszam, ale ja już taka jestem, a zwłaszcza jak widzę Was, to mam ochotę rzucić się i każdego po kolei ściskać dopóki ręce mi nie odpadną.
- Dobrze, rozumiem, spokojnie, nie musisz się tłumaczyć - odpowiada nie mogąc opanować śmiechu.
W tym momencie oboje zauważamy, że za pięknym Lexusem Rob'a, stoi równie piękny, srebrny, hybrydowy Chevrolet Volt z którego wyłania się Brad.
- Rob popaprańcu ! Wiem że lubisz romansować z Panią w okienku i nie tylko, ale czy mógłbyś kiedyś nie blokować tego zasranego podjazdu, bo naprawdę wjadę Ci w końcu w dupę i nie będę miał żadnych skrupułów ! - niezbyt wyraźnie i z irytacją wykrzykuje Brad, a kiedy tylko zauważa mnie - ogarnia się i miłym tonem krzyczy dość głośno - Cześć Miranda !
- Yhymm, cześć ! - odpowiadam śmiejąc się, kiedy już jesteśmy z Rob'em w miarę blisko gitarzysty, a ten krzycząc do mnie bym się odsunęła, wyjmuje z samochodu pustą butelkę po Coca Coli i rzuca nią w Rob'a.
- Nie romansuję z żadną Panią z okienka, tylko wyszedłem po Mirandę bo nie słyszała jak ją stąd wołałem - z oburzeniem odpowiada Rob, podnosząc ową butelkę i wrzucając ją z powrotem do samochodu Brad'a.
- Tak, tak... Akurat! Jeszcze zwiedziesz biedną Mirandę na złą drogę i co ? Stracimy jedną z najbardziej uporczywych, a zarazem najfajniejszych fanek, a poza tym nie wypieraj się, że nie lubisz romansować z Paniami z okienek, bo ostatnio jak byliśmy na trasie i pojechaliśmy do McDonalds’a, to przez pół godziny, biedaczku, nie mogłeś się oderwać od jakże ciekawej rozmowy z Panią, której miseczka od stanika na pewno nie była mniejsza niż D - odpowiada Brad puszczając mi oczko i uśmiechając się.
- No pewnie, wiesz ? Bym Ci coś powiedział, ale to już nie ważne. Chodź Miranda, wjedziemy do środka, bo przecież Wielki Zły Brad zaraz nam tutaj wybuchnie! a poza tym zaraz ochroniarze nas ochrzanią za blokowanie przejazdu - zapraszającym gestem Rob otwiera drzwi od samochodu.
- Tylko uważaj na niego Miranda i nie ufaj mu ! - ostrzega mnie Brad, kiedy Rob uśmiechając się sarkastycznie pokazuje mu, że ma nierówno pod sufitem.
- Dobrze, dobrze - odpowiadam pękając ze śmiechu i patrząc się ze zdezorientowaniem na Rob'a.
- No wsiadaj, nie bój się - mówi Rob.
- Ymm, no ok.
Wsiadam, a kiedy Rob zamyka drzwi i sam wsiada aby wjechać, po raz kolejny w życiu myślę nad swoim szczęściem i nad tym, że wiele osób widząc mnie z Linkinami i w samochodzie któregoś z nich pewnie rozszarpałoby mnie na strzępy. Przy okazji zauważam, że z tyłu podjechała również biała i również hybrydowa (cóż za dziwny zbieg okoliczności xD) Honda Insight II z której wyłania się Chester mówiąc coś do chłopaków.
- Już, już - odpowiada Rob przez otwarte okno, odpala silnik i wjeżdża za bramę, machając przyjacielsko ochroniarzowi, który najwyraźniej zna już dobrze chłopaków, bo również im odmachuje.
Jadąc tak przez ulice ogromnego parkingu, podziwiam piękno samochodu Rob'a. Ma coś w sobie. Niby nie jest jakimś super wypasionym samochodem, ale jednak jest naprawdę przepiękny. Z resztą, każdy samochód ma w sobie coś pięknego. Przynajmniej ja tak uważam i mimo mojego wielkiego sentymentu do marki Audi, nadal zachwycam się innymi samochodami, jak małe dziecko nowymi zabawkami. Będąc pełną podziwu dla Lexusa, nawet nie zauważam kiedy Rob parkuje i wysiada. Najwyraźniej chciał mi otworzyć drzwi, jednak wyprzedzam go i szybko sama wysiadam z samochodu. Nie żebym nie lubiła jak facet otwiera mi drzwi, jednak w tej chwili nie chciałam się zdawać jedynie na faceta, żeby przypadkiem nie wyjść na samolubną. Poza tym, przecież ten facet to jeden z moich idoli, więc jak mogłabym mu pozwolić się tak wysilać ? Dobra, przesadzam, wiem. Zaraz po wyjściu, przechodzę na tył samochodu i wraz z perkusistą czekam aż Brad i Chester zaparkują obok.
- I jak ? Nie molestował Cię ? - pyta sarkastycznie Brad, wysiadając z samochodu.
- Ej ! Przecież ja jestem Chester Molester ! - krzyczy Chester zamykając swoją Hondę - a tak w ogóle to cześć Miranda - mile wita się ze mną uściskiem ręki.
- Zamknijcie się oboje i chodźcie, bo reszta już pewnie na nas czeka - popędza ich Rob.
- Tak, tak, zwłaszcza Shinoda - odpowiada Brad, a Rob i Chester posyłają mu znaczące spojrzenie.
- No co, zażartować nie można ?!
Nie wiem o co chodzi, jednak teraz nawet gdybym wiedziała nie obchodzi mnie to. Liczy się tylko i wyłącznie spotkanie z zespołem który kocham i z człowiekiem którego kocham.
Wraz z chłopakami wchodzę przez rozsuwane drzwi wytwórni Warner Bros Records. W recepcji wita nas miła, czarnowłosa i dość wysoka kobieta w wieku około 30 lat, która podaje mi wejściówkę dla gości.
Dalej idziemy do windy, w której Chester wciska przycisk oznaczony numerem 54. Po nie zbyt długiej (biorąc pod uwagę ilość pięter) jeździe windą - drzwi otwierają się, a przed nami ukazuje się niezbyt długi korytarz, na którego pierwszej ścianie widnieje wielki napis Linkin Park. Chester, Rob i Brad prowadzą mnie aż do jego końca, a po drodze przelotnie pokazują mi wiszące na ścianach zdjęcia i nagrody w tym np. platynową Hybrid Theory. W końcu dochodzimy do dźwiękoszczelnych, szklanych drzwi, na których widnieje napis Studio 1. Wchodząc do środka od razu zauważam wspaniały sprzęt i wielki stół wokół którego stoją dwie czarne, skórzane kanapy. Całe studio ma ciepły wystrój, ciemne panele i brzoskwiniowe ściany, które dobrze komponują się z resztą. Znam ten wystrój aż za dobrze. W końcu widziałam go nie raz w wielu odcinkach LPTV. Przez otwarte szklane drzwi, które prowadzą do drugiej części studia słychać rozmowę. Po głosach poznaję że to Joe, Mike i Phoenix. Idę za Chesterem, który wchodząc przez drzwi, z uśmiechem na ustach mówi:
- No chłopaki, patrzcie kogo tutaj przyprowadziliśmy.
Czuję że cała się trzęsę, a emocje biorą górę. Szybko powstrzymuję napierające z wielką siłą łzy i dość mocno skrępowana, czuję że Rob delikatnie popycha mnie w stronę chłopaków. Pierwszy wstaje Mike, który wita się ze mną miłym i ciepłym uściskiem dłoni, który sprawia że cała drżę. Na szczęście powstrzymuję swoje odruchy i uśmiecham się najpiękniej jak tylko potrafię, zauważając w jego oczach pewien błysk. Widząc go stwierdzam jednogłośnie, że Mike'a coś musiało bardzo ucieszyć. Tylko co ? Biorąc pod uwagę, że ten sam błysk towarzyszył mu podczas Summitu, stwierdzam, że to pewnie radość ze spotkania z fanką. Joe i Dave witają mnie równie miło, po czym zapraszają abym usiadła.
- Ymm, przepraszam, ale na początek mam do Was takie jedno, bardzo ważne, a zarazem chyba dziwne pytanie.
- Ok, nie ma sprawy pytaj nas o co tylko chcesz - zachęcająco odpowiada Joe.
- Ok. No więc... Czy mogę Was wszystkich przytulić ? - pytam dość mocno zażenowana, swoją własną prośbą.
- A dlaczego miałabyś nie móc ? Jeśli ktoś z naszych fanów chce nas przytulić, to zawsze ma do tego prawo - mówi Chester po czym podchodzi i mnie przytula. Czuję serce kołatające mi w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć. I tak po kolei przytula mnie Chester, Rob, Brad, Dave, Mike i Joe. Wszystko byłoby ok, gdyby nie targające mną dreszcze i gęsia skórka, które nasiliły się podczas uścisku z Mike'iem.
- Boże, dziękuję Wam. Jakkolwiek to nie zabrzmi zawsze tego pragnęłam. Jeju, jesteście najlepsi, naprawdę - mówię trzęsącym się głosem, ledwo hamując wzruszenie.
- Heh, miło nam. W pewnym sensie Cię rozumiemy, przecież my też jesteśmy fanami rożnych zespołów i muzyków i też tak, bądź podobnie reagowaliśmy podczas spotkań z nimi - z pokrzepiającym uśmiechem mówi David.
Delikatnie się uśmiecham, po czym siadam na kanapie i dalej rozmawiam z chłopakami. Momentami nie mogę się oprzeć pokusie ciągłego patrzenia na Mike'a, który kilka razy chyba to zauważa, ponieważ za każdym razem kiedy spotyka moje spojrzenie uśmiecha się do mnie. Dopiero teraz naprawdę uświadamiam sobie jak bardzo go kocham. Nawet na koncertach, Meet & Greet'ach, czy w snach, to wrażenie nie było aż tak mocne. Dopiero gdy siedzę tutaj, w studiu nagraniowym Linkin Park wraz z całym zespołem, naprawdę czuję że moje serce ściska sznur, dający mi znać jak wiele ten człowiek znaczy dla mnie i jak bardzo go kocham. Po długiej rozmowie o muzyce, instrumentach, różnych zespołach, tekstach, teledyskach, filmach, grafice, zainteresowaniach i wielu innych rzeczach, przychodzi czas na to aby chłopaki pokazali mi jak tworzą muzykę, teksty i wszystko inne. Po przesłuchaniu wszystkich dem, obejrzeniu wstępnych wersji tekstów i linii melodycznych poprawianych sto razy to przez Mike'a, to przez Chester'a, a to przez jeszcze innego członka zespołu, Rob proponuje abyśmy udali się do jakiejś restauracji, w końcu, jak On to ujmuje "I tak wytwórnia nam zarezerwowała stolik". Nikt nie ma nic przeciwko, tak więc, wszyscy się zbieramy i wychodzimy z wytwórni. Kiedy już stajemy przy miejscach parkingowych chłopaków Brad pyta:
- Hmm, jedziemy swoimi samochodami ?
- Nie wiem, moglibyśmy jechać busem, tyle że nie ma Matt'a, a przecież to on ma kluczyki - odpowiada Dave.
- No dobra, to jedziemy swoimi...teoretycznie Ty masz największy samochód, także chyba wbijamy się do Ciebie - mówi Brad do Dave’a.
- Ok - odpowiada Phoenix, po czym podchodzi do swojego granatowego Mitsubishi Outlander Sport i otwierając go zaprasza nas do środka.
- Jednym się nie zabierzemy, więc jak coś to wy się wpakujcie w piątkę do Phoenix'a, a ja z Mirandą pojadę swoim - nagle wypalił Mike.
- Yymmhymm, że coo ? - wypaplałam nagle.
- Jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko, to pojedziesz ze mną moim Audi - odpowiada Mike trochę zmieszany.
- Nie, nie, oczywiście że nie mam nic przeciwko, tylko po prostu się zamyśliłam - odpowiadam jak najmilej i jak najszybciej żeby tylko Mike się nie domyślił.
- No dobra - mówi Brad, puszczając do mnie i Mike’a zalotne oczko.
Czy On się do cholery kapnął, że ja coś czuję do Mike'a ?! Nie no, raczej tak tego po mnie nie widać. Dobra, nieważne.
- Ok, no to zapraszam do samochodu, bo jak tak tutaj będziemy stali, to nigdy nie dojedziemy do tej restauracji - sarkastycznie mówi Mike i uśmiecha się do mnie. Ciarki chodzą mi po plecach, ale dzielnie staram się z nimi walczyć. Cholera ! Jechałam w samochodzie Rob'a Bourdona, teraz będę jechała w samochodzie Shinody...do tego spotkanie i rozmowa z Linkin Park. Boże, czy może mnie spotkać większe szczęście ?
Mike otwiera przede mną drzwi od swojego czarnego Audi R8 Spyder. W pierwszym momencie kiedy wsiadam do tego cacka, które zawsze podziwiałam, i w którym byłam zakochana od pierwszego wejrzenia, podziwiam jego tapicerkę i piękno samo w sobie, jednak kiedy Mike siada obok mnie, robi mi się gorąco i cała drżę. Cosgrove ! Mówi do Ciebie Twój własny mózg ! Możesz się kurna opanować ?! Nerwowo myśląc nad tym jak się uspokoić, wpadam na genialny pomysł i szczypię się sprawdzając, czy to nie jest przypadkiem piękny sen. Jednak okazuje się, że na szczęście jest to rzeczywistość, a ja siedzę wraz z moją miłością - Michaelem Kenji Shinodą, w samochodzie i jadę wraz z nim i resztą Linkin Park do restauracji w centrum Los Angeles.
- Ymm, no i jak ? Podoba Ci się spotkanie z nami, czy jak zawsze okazaliśmy się tępymi popaprańcami z dziwnego zespołu ? - zagaduje Mike, śmiejąc się z własnych słów.
- Oczywiście, że mi się podoba, jak mogłoby mi się nie podobać spotkanie z Wami ?! Z Linkin Park ?! No jak ? - odpowiadam również z uśmiechem.
- No nie wiem, nie wiem. Pewnie coś tam by Ci się mogło nie podobać - brnie Mike.
- Pfff...no pewnie, wszystko - udaję oburzenie - jesteście straszni - mówię sarkastycznie.
- No widzisz, mówiłem, że jesteśmy straszni i wcale nie gryziemy, tylko połykamy w całości - odpowiada Mike, nadal się śmieje - A tak serio, jest szansa na kolejne spotkanie ?
W pierwszym momencie mnie zatkało. Mike Shinoda zaproponował mi kolejne spotkanie. Przecież to ja powinnam się ich prosić o kolejne spotkanie, a nie On mnie ! Właśnie, to On prosi mnie o spotkanie czy zespół ?
- Czekaj, czekaj... Że niby wy, jako zespół chcecie się ze mną spotkać jeszcze raz ?! - pytam z nieukrywanym zdziwieniem - ale dlaczego ?
- Bo jesteś ciekawą osobą, do tego naszą fanką, jesteś kreatywna, pomysłowa i w ogóle. Stwierdziliśmy z chłopakami, że szkoda by było tracić kontakt z tak świetną i pełną energii osobą jak ty - uśmiecha się do mnie i chyba widzi, że mnie zamurowało, bo zaczyna się coraz bardziej śmiać.
W tym momencie miałam nieodpartą ochotę rzucić się na niego, jednak opanowałam się, bo wiedziałam, że mogłabym spowodować wypadek czy jakąś kolizję. W zamian za to zaczęłam śmiać się z radości jak jakiś popapraniec i nie mogłam się opanować. Mike spoglądał na mnie i w pewnym momencie też nie wytrzymał i wybuchł śmiechem. Razem śmialiśmy się przez dobre 5 minut, jednak w końcu się ogarnęliśmy, bo ludzie w samochodach obok co najmniej dziwnie się na nas patrzyli, zważając na to, że większość z nich poznała Shinodę, co było widać po ich spojrzeniach.
- To co ? Zgadzasz się ? - z uśmiechem pyta Mike.
- Pewnie ! Jak mogłabym się nie zgodzić, na kolejne spotkania z zespołem który kocham ?
- Wiesz że od razu wiedziałem że się zgodzisz ?
- No akurat tutaj Ameryki nie odkryłeś, bo to było zbyt logiczne - odpowiadam z uśmiechem mojemu ukochanemu.
Właśnie ukochany...Akurat kiedy myślę o tych słowach, w mojej torebce odzywa się telefon. Głośne * "I've become so numb, I can't feel you there, become so tired, so much more aware..." wypełnia cały samochód. Mike uśmiecha się do mnie kiedy nerwowo szukam telefonu. Znajdując go, odczytuję, że dzwoni do mnie nikt inny jak Dominik. Mam go gdzieś, nie popsuje mi tej pięknej chwili ! Rozłączam się, wyciszam telefon i chowam go z powrotem.
- Mogłaś odebrać - mówi Mike z lekkim uśmiechem.
- Nie, nie chce mi się akurat z nim gadać.
- Ahh, rozumiem, pewnie ktoś nie pożądany ze stylu były chłopak - delikatnie podpytuje się Mike.
- Hmm...tak dokładnie. Były chłopak, myślący, że wszystkie, nawet najgorsze błędy można naprawić jednym telefonem, a potem znów je popełnić – odpowiadam, mimo, iż jeszcze nie zerwałam z Dominikiem, ale uświadamiam sobie właśnie, że w tej chwili powinnam to zrobić.
- Ehh, to jest najgorsze, kiedy ktoś popełni błędy i nie dość, że nie umie godnie za nie przeprosić i nie żałuje, to jeszcze nie dba o to ile razy je popełni...
- Dokładnie - przytakuję.
- Przepraszam, że się wtrącam, ale szczerze Ci powiem, że nienawidzę takich ludzi. Myślą, że są pępkami świata, i że wolno im wszystko. Nie umieją przeprosić, nie umieją rozmawiać, nie umieją nawet okazać skruchy czy żalu.
- Tak, ja też tego nie lubię. Wiesz ? Albo mi się wydaje, albo byłby z Ciebie dobry psycholog - mówię z uśmiechem.
- Mówisz ? Może tak. Wiesz nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale wiele osób mi to już powiedziało - również z uśmiechem odpowiada Mike.
I tak dalej rozmawialiśmy przez całą drogę do restauracji. Nawet nie wiem kiedy minęło 30 minut jazdy. W owej restauracji zjedliśmy obiad, pogadaliśmy, znów zamęczyłam ich pytaniami, jednak teraz już wszyscy oznajmili mi że naprawdę nie chcą tracić ze mną, nie tylko jako fanką, ale również jako osobą, kontaktu, bo twierdzą, że jestem kreatywna, pomysłowa, pozytywnie zakręcona i w ogóle. Na koniec spotkania, pożegnałam się z chłopakami przed restauracją, przed którą zebrała się dość pokaźna grupka ludzi, pragnących autografu i zdjęcia. Mike kazał mi zaczekać i powiedział, że odwiezie mnie do domu.
- Mike, nie chcę się narzucać, a poza tym pewnie czeka na Ciebie Twoja żona - oczywiście chciałam aby mnie odwiózł, ale nie chciałam się narzucać i pokazać, że jestem samodzielna i lubię to.
- Anna zrozumie jak jej powiem, że musiałem odwieść kogoś ważnego dla zespołu do domu - odpowiedział, puszczając do mnie oczko - masz poczekać, ok ?
- Ok, ok - a jednak się ugięłam.
Po skończonym rozdawaniu autografów, podczas którego i ja zostałam kilka razy zaczepiona i powiedziano mi nawet że jestem wielką szczęściarą, że znam ich osobiście i w ogóle... Jeszcze raz pożegnałam się z chłopakami, jeszcze raz ich przytulając, po czym zmuszona przez Mike'a wsiadłam jeszcze raz do jego pięknego samochodu. Kiedy w nim siedziałam, zauważyłam, że Mike zamienił jeszcze kilka słów z chłopakami, a Ci przytakiwali na jego słowa i potem śmiejąc się wsiedli do samochodu Dave'a. O czym Oni mogli rozmawiać ? Hmm... No tak, w sumie to nie moja sprawa. Dobra, nieważne. Mike wstukał w swój GPS mój dokładny adres, po czym odwiózł mnie pod samą bramę. Cóż za niespodzianka, znów nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy Mike na pożegnanie dał mi swój numer i numer do ich studia w Warnerze, po czym uściskał mnie i pojechał. Przez chwilę stałam jeszcze na chodniku, drżąc ze szczęścia i podniecenia. Miałam ochotę skakać i wykrzyczeć całemu światu, jaka jestem szczęśliwa. Z trudem się opanowałam, po czym weszłam za bramę jak zawsze miło witając Pana Volter'a. Idąc do swojego wieżowca oraz mieszkania, myślałam nad tym pięknym dniem. Tak, to był zdecydowanie najlepszy dzień w moim życiu, i nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że będzie jeszcze takich wiele. Wyjęłam klucze od mieszkania i weszłam jak najciszej mogłam. W końcu było już około godziny 21:30, a moi drodzy współlokatorzy mogli już spać zmęczeni trudami dnia. Chyba się pomyliłam z tym spaniem, bo zaraz po wejściu Anna, Victoria i Gabriel naskoczyli na mnie z toną pytań, o to jak było, co się działo i wgl. Ahh...coś czuję że to będzie długa, nieprzespana, ale za to przegadana noc. A co mi tam, i tak pod napływem emocji pewnie bym nie usnęła.

                                                                 ***

Jadąc ulicami Los Angeles rozmyślam nad dzisiejszym dniem i cieszę się jak jakiś szczeniak. Hmm... Coraz bardziej zaczynam wierzyć w teorię chłopaków na temat mojego zakochania. Chyba naprawdę ją kocham. To dziwne, ale jednak wiele wskazuje na prawdziwość tego stwierdzenia. Cały czas o niej myślę i nie mogę się oderwać nawet na sekundę. Mam mentlik w głowie. Kłótnie z Anną, dzieci, Miranda i to wszystko. Jednak mimo tego, na pewno mogę stwierdzić, że dzisiejszy dzień był jednym z najbardziej udanych w moim życiu. Teraz pozostaje tylko pytanie. Czy jest możliwe aby Miranda czuła to samo co ja ? Nie wiem, ale muszę się prędzej czy później tego dowiedzieć, inaczej nie wytrzymam, naprawdę. W tym momencie słyszę sygnał dochodzący z mojego iPhone'a, Anna dzwoni. Zapewne szykuje się kolejna kłótnia. Nie mam już na to siły... Chcę tylko utulić dzieci i położyć się spać nie przestając myśleć o Niej. Mimo to muszę odebrać. Rozmawiam chwilę z Anną, jednak już po minucie żałuję, że w ogóle odebrałem ten telefon. Moje obawy się spełniły.


* fragment piosenki Numb, Linkin Park.