piątek, 7 listopada 2014

Leave Out All The Rest Part 18.

Cześć Wam wszystkim! Nie mam za bardzo rozpoznania czy poprzedni rozdział był ok czy nie, bo komentarzy mało...ale co tam. Mam nadzieję że się podobał. Wiecie, dużo łatwiej jest mi pisać, kiedy wiem że coś co robię się Wam podoba więc jeśli możecie to proszę, dodajcie chociaż krótki komentarz, abym wiedziała chociaż czy nie robię przypadkiem czegoś źle. Co do tego rozdziału to standardowo przepraszam za wszelkie błędy, które mogły się tutaj wkraść i zapraszam Was do czytania i komentowania. Pozdrawiam, Cassandra :)


"Nie chcę być twoim przyjacielem, chcę całować twoją szyję..."


Jestem na środku korytarza hotelu. Nie mam pojęcia co tutaj robię, ani jak się tu znalazłam, ale wiem że stoję, a wokół mnie słychać gwar i szum. Obracam się wokół własnej osi próbując dostrzec źródło hałasów, jednak nie udaje mi się zobaczyć nikogo. Korytarz jest pusty, a hałasy najwyraźniej dochodzą z sali. Idę w jej stronę, jednak już przy wejściu zauważam że tam też nikogo nie ma. Cofam się, a coś karze mi iść do mojego pokoju. Hałasy cichną, a zamiast nich słyszę dwa damskie głosy rozmawiające po cichu za rogiem. Chce przywitać się ponieważ wiem że głosy należą do Beyonce i...Talindy, która przecież nie pojechała z nami w trasę. Zdziwiona jej obecnością, przylegam moim prawym ramieniem do zimnej ściany, a jakaś wewnętrzna siła, nad którą nie panuje karze mi słuchać ich rozmowy z ukrycia.
- Sama wiesz że to wszystko jest pogmatwane. Ostrzegałam ją aby uważała i nie igrała z miłością, ale...
- Tal, nie musisz mi tłumaczyć - przerywa jej Beyonce - wiesz, nie chodzi już nawet o igranie, bo to nie jest jej wina.
- Tak wiem że to nie jej wina. Uczucia żądzą same człowiekiem i nie mamy na to żadnego wpływu, ale i tak jestem wkurzona bo wiedziałam od początku że coś się kroi, a nic na to nie poradziłam - mówi zakłopotana Talinda.
- Ale co mogłaś na to poradzić? - pyta Beyonce i nie czekając na odpowiedź sama odpowiada - nic. Kompletnie nic. Co z tego że obie zdawałyśmy sobie sprawę z tego że to się może zdarzyć, skoro to nie nasze uczucia, to uczucia Mirandy, nawet ona sama nie ma nad nimi władzy. Kocha dwóch mężczyzn na raz...nic w tym złego Tal.
- Owszem, teoretycznie nie ma w tym nic złego, ale gorzej w praktyce - ucina Talinda - chodź się czegoś napić. Wina albo czegokolwiek na odprężenie - odwraca się i razem z Beyonce zmierza w moją strone. Nie wiem co robić żeby nie okazało się ze podsłuchiwałam, jednak kiedy kobiety wychodzą i skręcają w moją strone, kompletnie mnie nie zauważają i idą dalej. Jestem niewidzialna do cholery czy jak?! Pytam sama siebie, po czym w głowie odtwarzam sobie jeszcze raz rozmowe przyjaciółek. Ja, ja zakochana w dwóch mężczyznach?! Co?! Nie, nie to jakiś chodzący absurd. Niby w kim miałabym...nagle doznaje olśnienia. Czyżby...o nie, nie chcę chyba nawet o tym myśleć. Czy chodzi o? Nie, nie...z resztą sama nie wiem. Zniechęcona i zamyślona udaje się do mojego pokoju. Wchodząc wita mnie pustka. Nikogo nie ma, a ja rzucam się na łóżko i rozmyślam. Nagle słysze głos Mike'a:
- Coś się stało kochanie? - pyta i siada obok mnie.
- N-nie nic się nie stało - odpowiadam siadając - tylko...
- Nic nie mów - prosi mnie Mike - Kocham Cię - szepcze i zaczyna mnie całować. Nagle wszystko się urywa. Nie czuje łóżka na którym siedzieliśmy za to czuje ciepłą wode oblewającą moje ciało. Nie wiem co się stało, ale teraz ja i Mike jesteśmy pod prysznicem. Nie mam pojęcia jak się tutaj znaleźliśmy, ale dalej się całujemy. Oddaje się chwili namiętności i bliskości z ukochanym, jednak kiedy otwieram oczy nie widze jego brązowo-orzechowych tęczówek, które tak kocham. Owszem, widze oczy jednak to spojrzenie nie należy do Mike'a. Człowiek którego całuje, którego obejmuje, którego bliskość czuje i którego sama obdarzam uczuciem ma inne spojrzenie, niesamowicie błękitne tęczówki patrzą na mnie z podobną czułością, jak Mike jednak należą do innego mężczyzny. Mężczyzna ma długie włosy, które mokre mają kolor gorzkiej czekolady. Nie...to nie może być Jared - myślę - jednak wiem że się mylę. Nie wiem co mam robić, nie mogę...nie chce wyjść z jego objęć. To wszystko jest tak cholernie absurdalne, jednak ja nie umiem nic zrobić. Kocham Mike'a, nie Jared'a, jednak najwyraźniej cała rzeczywistość ma to co ja myślę i czuje w głębokim poważaniu, a najlepsze w tym jest to że mimo tego że kocham Mike'a, w tym momencie chce Jared'a. Mimo mojej wewnętrznej woli, pożądam go. To chore bo w tym samym momencie chce ich obu na raz. Nagle wszystko się urywa...nie ma już nikogo, ani Mike'a, ani Jared'a, nie ma wody, łazienki, ani nic wokół...tylko ciemność. Spadam w ciemną otchłań, powoli, a ciepłe powietrze Los Angeles obmywa moje ciało swoim lekkim powiewem. Ląduje na czymś miękkim i ewidentnie jest to najwygodniejsze łóżko świata. Nie wiem gdzie jestem. Rozglądam się na boki, nie rozpoznając wnętrza, wstaję i wybiegam z pokoju. Wybiegam na pusty hotelowy korytarz, a potem przez hotelowe rozsuwane drzwi prosto na lekkie, chłodne Londyńskie powietrze. Delikatna mżawka sprawia że moje włosy i ubranie są wilgotne. Wsiadam na przednie siedzenie czarnego, sportowego samochodu w którym siedzi znajomy. Mężczyzna w samochodzie to Matthew. Oboje zachowujemy się jak zbiegli kochankowie, witając się namiętnym pocałunkiem, a kiedy Matthew rusza z piskiem opon z pod hotelu, zauważam jak za nami wybiega czwórka znajomych mężczyzn. Rozpoznaje ich od razu. To Mike, Jared, Conor i...Dominic?! Co on tam do kurwy nędzy robi?! Odwracam wzrok i jakby nigdy nic wpatruje się w Matthew, który z niezwykłą zręcznością prowadzi samochód. Patrzę i nie mogę oderwać od niego wzroku. W końcu on staje i parkuje samochód w jakimś bezpiecznym zakątku, pomiędzy dwoma budynkami z cegły. Praktycznie od razu, bez żadnych ceregieli, siadam mu okrakiem na kolanach i bardzo mocno go przytulam. Czuję jego zapach, zapach jego skóry, mocnych, aczkolwiek przyjemnych męskich perfum i delikatną woń papierosów. Wtulam się w jego szyje, a on wtula się w moje włosy.
- Pięknie pachniesz, wiesz? - mówi tym samym harmonijnym i kojącym głosem, który miałam okazje usłyszeć na korytarzu, kiedy się poznaliśmy.
- Wiem - mówię pewnym siebie głosem i uśmiecham się do siebie, kiedy Matthew delikatnie i powoli całuje moją szyję. Powoli zsuwa moją skórzaną kurtkę, odsuwa rękaw luźnej koszulki i ramiączko biustonosza, odsłaniając moje ramię. Z szyi schodzi pocałunkami na moje ramię i obojczyk, obdarzając każdy skrawek mojej skóry słodkimi pocałunkami, które sprawiają że czuję ciarki na całym ciele. Potem wraca na szyję, policzek, aż dochodzi do moich ust.
- I cudownie smakujesz... - dokańcza odrywając się od moich ust. Tutaj wszystko się urywa...


"Sieć pająka, a to ja w środku,
więc wiję się i wiercę, ale tkwię w tej małej bańce..."


Zrywam się ze snu jak oparzona. Nie mam pojęcia co się dzieje, gdzie jestem ani co robię, ale nagle czuje że miękkie podłoże pode mną znika, a ja zaczynam spadać, co raz głębiej i głębiej w ciemność. Coś zaczyna ściśle oplatać moje ciało, a ja nie umiem się z tego wyplątać. W końcu upadam na twarde podłoże. Pierwsze co czuje to rozrywający ból w kręgosłupie. Chcę krzyknąć z bólu, ale nie mogę wydać z siebie żadnego, nawet cichego okrzyku. Ból szybko rozchodzi się po całym moim ciele, po czym nagle ustaje. Nie czuje już zimna twardej posacki, znów czuje zniewalającą wręcz miękkość i spokój. Zupełnie jakbym przeszła w inny świat. Próbuje otworzyć oczy, ruszyć się ale czuje opór. Coś ciąży nade mną i nie pozwala mi na ujrzenie osób których głosy słyszę. Głosy są zimne, zniekształcone i takie straszliwie obce. Czuję czyjś ciepły dotyk na skórze, ale nie potrafię zidentyfikować do kogo on należy. Słyszę jakieś słowa, znam je, wiem że ktoś rozmawia o mnie, jednak nie mogę ich dokładnie usłyszeć i odczytać. Zupełnie jakby mój mózg postawił sobie barierę przed całym światem. Nie rozumiem tego co się dzieje. Nagle przestaje słyszeć cokolwiek, wpadam w jakiś wir, który ściąga mnie w dół. Czuje się jak liść wciągnięty w trąbę powietrzną. Wir powoli słabnie, a ja wracam do rzeczywistości. Nie tej sennej, na szczęście wracam do prawdziwej rzeczywistości, teraz na prawdę się budzę.


"I wydaje się, że jedyne o czym rozmawiamy to seks..."


Otwieram oczy. Otacza mnie przytłaczająca ciemność pokoju. Wstaje i zauważam Mike'a siedzącego obok mnie z miną jakby chciał sprawdzić czy w ogóle oddycham.. Przez chwile nie wiem o co chodzi, czuje silny ból głowy, nie pozwalający mi myśleć. Po kilku sekundach otępienia, skupiam wzrok na smutnej i wyraźnie przejętej twarzy Mike'a.
- Co się stało? - pytam zdezorientowana.
- Nic. Tak spokojnie spałaś. Patrzyłem na ciebie przez ponad godzinę. Uśmiechałaś się przez sen - odpowiada zdołowany.
- Boże... - łapie się za skronie podczas kolejnej fali bólu.
- Napij się - kiedy odejmuje ręce od skroni, podaje mi szklankę z wodą, a ja upijam z niej łyk - napij się - mówi spokojnie, a ja nagle przypominam sobie całą treść mojego snu. Jedno spojrzenie w jego orzechowe tęczówki, a ja przed oczami mam slajdy wszystkiego co po kolei działo się w mojej głowie na jawie. Mike widząc że boli mnie głowa siada za mną i delikatnie rozmasowywuje mi skronie. Masaż okazuje się kojący niczym dawka morfiny. Przestaje czuć ból, a w mojej głowie automatycznie się przejaśnia. Przypominam sobie o naszej wczorajszej kłótni i o tym co, a raczej kto był jej powodem. Zrywam się jak oparzona i prawie wyrywam z uścisku Mike'a. Nie bacząc na nic, podchodzę do mojej torby i wyjmuje z niej paczkę wiśniowych papierosów, które tak uwielbiam. Nie podnosząc wzroku wiem że Mike w tej chwili wkurza się, bo przecież Pan Shinoda nienawidzi jak jego dziewczyna pali - trzy miesiące odwyku po raz 3 pójdą w pizdu - myślę, jednak nie czuje irytacji z tego powodu. A co mi tam. Nie zwracając na niego żadnej uwagi, niezdarnie ubieram swoją najluźniejszą bluzę, otwieram drzwi od balkonu i zgarniając z parapetu popielniczkę, wychodzę na chłodne i wilgotne powietrze. Wyciągam papierosa, odpalam i zaciągam się głęboko kilka razy. Niebo się przejaśnia, na oko sądzę że jest około 4, może 4:30 rano. Delikatny wiśniowy posmak i woń tytoniu koją moje zdruzgotanie i dokuczający ból głowy. Zaczynam myśleć jasno. Myślę o moim śnie, o tym wszystkim co się stało. Uświadamiam sobie że podczas pocałunków każdego z mężczyzn, czułam co innego. Kiedy całował mnie Mike czułam że go kocham, czułam też lekką irytację. Kiedy robił to Jared, czułam przyjemność, ogromną falę pożądania, ale też byłam straszliwie wkurzona. W końcu kiedy przytulałam Matt'a, a on obcałowywał moją szyję i ramię czułam ukojenie, pożądanie, zauroczenie i byłam niezwykle spokojna. Spokojna jak dawno nie byłam. Przypominam sobie o uczuciu odrętwienia i nie mocy ruszenia się na koniec. Po plecach przechodzą mi nieprzyjemne ciarki, jakby ktoś przejechał mi zimnym, metalowym prętem po kręgosłupie. Gaszę niedopałek i odpalam kolejnego papierosa. Po trzech miesiącach przerwy moje płuca ściskają się jakbym paliła pierwszy raz w życiu i zapewne czują się jak kiełbasa w wędzarni, co w tej chwili ewidentnie nie wydaje mi się dobrą perspektywą. Kończę palić i zaciągam się świeżym, czystym powietrzem. Przez chwilę stoję w bezruchu i obserwuje parę wychodzącą z moich ust z każdym wydechem. Zaciągam się jeszcze kilka razy, po czym wchodzę do pokoju, zamykam okno, ściągam bluzę i nie zwracając żadnej uwagi na Mike'a, kładę się do łóżka. Ten siedzi jeszcze chwilę w okolicy moich nóg.
- Brakuje mi ciebie w łóżku - wypala nagle - źle mi bez twojego ciepła.
- Masz za swoje - odpowiadam zimno.
- Czemu taka jesteś? - pyta jakby nigdy nic.
- Bo ci się należy, debilu - podnoszę się, usiłując poprawić poduszkę, która nie chce ze mną współpracować.
- Przepraszam cię za to wszystko - mówi skruszony.
- Wow, Shinoda przeprasza, nie wieżę - kwituję.
- Po prostu kiedy zobaczyłem cię z tym całym Matthew, wpatrzonych w siebie jak w obraz to dostałem kurwicy - przerywa - a kiedy pomyślałem sobie że on cię dotyka to już w ogóle...przepraszam, po prostu cię kocham - kończy. Podnoszę się do pozycji siedzącej.
- Chodź tutaj idioto, zanim cię uderzę - przytulam go mocno - też cię kocham. Kładź się obok i nie mów że śmierdzę papierosami i mam iść spryskać się perfumem, bo jeszcze do końca ci nie wybaczyłam i zawsze mogę zmienić zdanie - celowo drażnię jego czuły, władczy punkt. On jak gdyby nigdy nic, kładzie się obok i przytula do mojego brzucha.
- Powiedz mi tylko...czy ty się nim zauroczyłaś? - pyta jak małe dziecko, które dostało karę - tylko szczerze - podnosi głowę i poważnie patrzy w moje oczy.
- Szczerze? Trochę tak... - urywam, czując się jakbym miała zaraz wybuchnąć - ale spokojnie, jeszcze nie doszłam do momentu w którym rzucę cię dla innego, nie jestem głupia - kwituję.
- Ehe, widziałem jak na niego patrzyłaś.
- Niby jak? - pytam oburzona.
- Nie długo tak jak na mnie - mówi z uśmiechem. Nie ogarniam tego człowieka czasami.
- To chyba dobrze że patrzę tak na ciebie, hm? Jesteśmy ze sobą prawie rok, to chyba zdrowy objaw - stwierdzam.
- Oczywiście. Ale źle że patrzysz tak na niego - uśmiech znika z jego twarzy - dlatego właśnie mam zamiar ci go wybić z głowy, a jedynym sposobem na ukaranie cię za to jest przyjemność - uśmiecha się jak to on potrafi, a ja oblewam się lekkim rumieńcem.
- Ok - grzecznie przytakuję, kiedy on z szybkością światła zdejmuje moją koszulkę.


***


W tym samym czasie:


- Boże, ona jest świetna! - mówię zaabsorbowany Mirandą do tego stopnia, że nie umiem skupić myśli na pisaniu tekstu - mówię ci! - dokańczam, a Georg ten idiota śmieje się jak zawsze.
- Ehehehe...popapraniec - kwituję jego zachowanie, a gdy ten próbuje trafić we mnie pustą butelką po soku, zamiast mnie obrywa Adam.
- Możecie się opanować, błagam! - Adam jak zawsze wkurza się, bo nie może się skupić na graniu, tylko brzdąka bezsensownie.
- Wiem, następną piosenkę nazwiemy Miranda - dalej żartuje Georg - One Direction ma Dianę to my będziemy mieć Mirandę - rozkłada się na kanapie tak bardzo że aż spycha z niej niczemu winnego Ross'a.
- Jebnę ci zaraz jak się nie uspokoisz - kwituje Ross, siadając na podłodze z laptopem.
- Nie uspokoję się bo Matt chyba się zauroczył! - krzyczy najgłośniej jak potrafii. I że ten debil ze mną produkuje nasze płyty? Płyty The 1975? Serio? - Matt się zakochał i raczej się nie odkocha, bo to Matt, nasz popieprzony Matty, on się nie odkochuje! - jeszcze przez chwilę krzyczy.
- Zamknij twarz! - kończę i odpalam papierosa, po czym rzucam w niego zapalniczką.
- No i co robisz? Zaraz spalisz nasze studio - niby oburzony Georg, wstaje i odkłada zapalniczkę na stół przy którym siedzę.
- Mamy drugie w Manchesterze, czopie - odszczekuje się, wypuszczając dym.
- No tak, ale wtedy nie będziesz mógł siedzieć w Londynie i chodzić za Mirandą - robi nie winną minę, ale podśmiechuje się pod nosem - swoją drogą ona serio jest bardzo ładna - dodaje po chwili.
- Ładna to trochę za mało powiedziane - wtrącam wkurzony - jest świetna, najwspanialsza jaką widziałem w życiu ty frajerze!
- Matty nie emocjonuj się tak, bo jeszcze urodzisz - ten idiota nadal robi sobie jaja, a ja kopie go w dupę z całej siły.
- Ciota! - krzyczę, kiedy ten śmiejąc się, wychodzi na balkon żeby zapalić - no nie mogę z niego, zasraniec jeden - mamroczę pod nosem, a Ross i Adam bez żadnego słowa przytakują, śmiejąc się. Nagle dzwoni mój telefon, odchylam się by odebrać go od Adam'a.
- Halo - odbieram nadal mocno zirytowany zachowaniem perkusisty.
- Cześć Healy - słyszę wkurzony głos naszego menadżera - mamy poważny problem z trasą europejską. Połowa koncertów musi być odwołana, wytłumaczę wam dokładnie jutro rano, ale będę się starał o dołączenie was do listy wykonawców Project Revolution, jutro zresztą mam już umówioną rozmowę z Linkin Park i ich menadżerem. Tak się składa że oni też mają jakieś problemy i dwa albo nawet trzy zespoły będą musiały zrezygnować z dalszego uczestnictwa w ich trasie, także jeśli dopisze nam szczęście to wbijemy się za Maroon 5, albo kogoś - w tym momencie chyba blednę, bo nawet zjarany Georg spogląda się na mnie dziwnie przez szybę.
- O kurwa - kwituję, a nasz menadżer nie do końca jarząc o co mi chodzi, uspokaja mnie.
- Spokojnie Matt, załatwię to. Już moja w tym głowa żebyście zagrali koncerty w całej europie. Do jutra - kończy, a ja odkładam telefon na stół i mocno się przeciągając, zaplatam ręce na głowie.
- Co jest? - pyta Adam, pierwszy raz od godziny odrywając wzrok od gitary.
- Ehe, chyba będziemy zamiast naszej trasy europejskiej mieć trasę z Project Revolution - oddycham głęboko - raczej Shinoda mnie nie lubi, a to chyba on głównie o tym decyduje, więc tak czy inaczej mamy przesrane - śmieje się pod nosem, zastanawiając się czy Miranda przypadkiem już go nie urobiła. Swoją drogą był strasznie wkurzony, co mnie trochę bawi, ale w sumie...gdybym miał taką Mirandę to też bym się wkurzał - uśmiecham się do siebie.
- Ten już jak się cieszy - słyszę głupi głos Georg'a, zamykającego okno.
- Jak się nie zamkniesz to ci coś dzisiaj złamie, serio... - kończę, robiąc minę jak seryjny morderca.


***


Wstaje rano obolała, od tego co wyprawialiśmy z Mike'iem nad ranem. Ku mojej uciesze mogę chodzić, więc ubieram się w luźny top, majtki i próbuję rozćwiczyć moje obolałe ciało. Kiedy akurat się rozciągam, dzwoni do mnie Andrew.
- Cześć siostrzyczko - drze się w słuchawkę.
- No cześć - odpowiadam głośno, zastanawiając się gdzie u licha podziewa się Shinoda.
- Żyjesz jakoś w tej trasie, hm? Jak po pierwszym koncercie?
- A no bardzo dobrze, epicko...Jezu, Andrew tego się nie da opisać słowami, musiałbyś sam tego doświadczyć! Granie na Wembley! No proszę cię... - mówię podniecona.
- Wiem, wiem...wiadomo że nie opiszesz mi tego przez telefon. Słuchaj siostrzyczko, jak dobrze pójdzie to spróbujemy z bliźniaczkami wpaść jutro na wasz koncert w O2.
- Co? Ej, jesteście w Londynie? - pytam zdziwiona.
- Nie, ale jak wszystko dobrze pójdzie to lecimy dzisiaj wieczorem - śmieje się z mojego zdziwienia - niestety rodzice nie mogą lecieć z nami, ale tato powiedział że jeśli uda się załatwić pewne sprawy to możliwe że będą akurat u naszej niezniszczalnej prababci, jak będziecie grać w Warszawie, więc obowiązkowo będą na festiwalu - uspokaja mnie.
- Jezu, zapomniałam że muszę sobie przypomnieć jak się mówi po Polsku - śmieje się pod nosem - nie rozmawiałam w tym języku od roku, jak nie lepiej... - kwituję rozczarowana.
- Phi, myślisz że ja niby mówię częściej po Polsku? Phi, jestem rozczarowany naszą postawą moralną, droga siostro. Pół Polacy, a nic nie umieją powiedzieć - śmieje się.
- Idiota - mówię przez śmiech - no kochany idiota.
- Tak, wiem...ej, ale przecież ty i bliźniaczki nigdy nie miałyście zbytniego problemu z zapominaniem Polskiego, to o co w ogóle kaman z tym przypomnieniem?
- Jezu no, zawsze się denerwuje że prababcia przyłapie mnie na zapomnieniu jakiegoś słowa, sam wiesz jaka czasami jest upierdliwa - przewracam oczami i wbijam wzrok w sufit.
- Tiaaa no niby, ale nie przejmuj się. Podobno prababcia przy szóstym mężu zrobiła się milsza - śmieje się głośno.
- Jakbym w jej wieku miała 30 lat młodszego męża w dodatku Brytyjczyka z tytułem to wiesz, pewnie też byłabym milsza - kwituje z rozbawieniem.
- Taa, kobiety - rozdziawia się.
- Nie czaruj, nie czaruj...
- A jak tam z Mike'iem?
- Wiesz co, dobrze. Co prawda mieliśmy wczoraj niezłą spinę, ale już nie ważne - chcąc jak najszybciej uciąć temat, robię poważną minę i skupiam myśli na czymkolwiek co pierwsze wpadnie mi do głowy.
- Ale to coś poważnego? - dopytuje brat.
- Nieee...zazdrość you know. Pan Shinoda nie lubi konkurencji - odpowiadam, nadal delikatnie oburzona wczorajszym zachowaniem Mike'a i moim.
- Wow, wow...jakaż tam konkurencja się pojawiła? - ten to zawsze coś wymyśli.
- Nikt taki. Po prostu szłam sobie korytarzem, wpadłam na Matthew, pomógł mi wstać, chwilę potrzymał mnie za ręce, a tu już drama - troszkę przekłamałam, nie ważne.
- Matthew? - pyta zdezorientowany.
- Jeju, pamiętasz jak siedzieliśmy ostatniego dnia przed moim wylotem na trasę i oglądaliśmy na MTV transmisję koncertu tego fajnego zespołu, prosto z pod London Eye? - streszczam mu jak najszybciej wszystkie fakty, aby skojarzył o kogo mi chodzi.
- Tak, tak. Już kojarzę kolesia...poznałaś go? - pyta zdziwiony.
- No tak, przyszedł wczoraj na backstage, bo chciał mnie poznać - kończę.
- Jezu, siostra taka światowa, zaraz poznasz całą śmietankę, a nawet jeszcze nie zagrałaś do końca swojej pierwszej poważnej trasy koncertowej - śmieje się głupio.
- Możliwe - odbąkuje, aby go poirytować - muszę kończyć, pogadamy jutro, ok? - mówię słysząc pukanie do drzwi.
- Okok, pa - Andrew rozłącza się, a ja szybko wstaje i podbiegam do drzwi, uchylam je i wystawiam głowę, a moim oczom ukazuje się rozpromieniona twarz Rihanny.
- Zbieraj się kochana, raz raz! Idziemy na zakupy - pospiesza mnie.
- Ok, już, już. Dajcie mi pół godziny - kończę, zamykam drzwi i lecę się wykąpać i ogarnąć.


***


"Problem cię znajdzie, nie ważne dokąd pójdziesz..."


"Mamy nie zbyt dobrą informację dla wszystkich fanów Maroon 5, którzy wybierają się na Project Revolution po 6 czerwca. Niestety dzisiaj na stronie Projectu i samego zespołu, pojawiła się informacja o tym że zespół będzie musiał zrezygnować z dalszych koncertów na trasie, przez bardzo poważne problemy zdrowotne Adam'a Levine'a. Fani spekulują że chodzi tutaj o poważny uraz kręgosłupa, jakiego Levine nabawił się podczas skoku i niezamierzonego upadku ze sceny na wczorajszym pierwszym koncercie trasy na Wembley. Menadżement Maroon 5 i członkowie zespołu na razie milczą, ale taka jest najbardziej prawdopodobna przyczyna rezygnacji. Jedyny Levine napisał wczoraj na Twitterze że "nie chce zostawiać swoich fanów, ale chyba niestety musi." Będziemy was na bieżąco informować o zdrowiu Adam'a, aczkolwiek na razie wiadomo tylko że po zagraniu dzisiejszego i jutrzejszego koncertu w O2 Arenie, zespół wypada z trasy, a organizatorowie Projectu - zespół Linkin Park - już dzisiaj rozpoczęli poszukiwanie zastępstwa, które jak się okazuje nie jest potrzebne tylko za Maroon 5. Shinoda napisał dzisiaj otwarty list do fanów trasy, w którym przeprosił i poinformował o usunięciu z trasy Slash'a oraz Chris'a Cornell'a. Nie wiadomo jakie są przyczyny owych odejść, ale kolejne spekulacje fanów mówią iż Slash zrezygnował również przez problemy ze zdrowiem, za to Cornell za przyczynę podał poważne problemy rodzinne dwóch członków jego zespołu. Nie wiadomo kto miałby zastąpić owe luki w trasie, ale Shinoda napisał że kiedy tylko pojawi się pewne zastępstwo, poinformują o tym niezwłocznie, tak samo jak poinformują o jakiś tajemniczych, tym razem zaplanowanych niespodziankach dołączających do trasy. Poruszeni fani wypisują na stronie Projectu rożne propozycje, wśród których najczęściej padają nazwy Motorhead, Bring Me The Horizon, The Wombats, Nightwish, Gorillaz, Enter Shikari oraz The Prodigy. My tak jak fani, też raczej stawiamy na brytyjskich wykonawców z racji aktualnego umiejscowienia trasy w Wielkiej Brytanii. Przypominamy że dzisiaj i jutro odbędą się dwa koncerty Projectu w Londyńskim O2, następnie 8 czerwca odbędzie się koncert w Manchesterze, 9 czerwca w Glasgow, 10 w Belfaście i dopiero 12 trasa zawita do Irlandii, gdzie zagra dwa dni pod rząd w Dublinie. Potem trasa ruszy już do Skandynawii, dokładnie do Oslo. Nie pozostaje nam nic, tylko czekać na informacje, które mogą pojawić się w każdej chwili."



- Mamy nieźle przerąbane moi drodzy - kwituje Chester oddychając ciężko.
- Eee tam, nie może być aż tak źle. Na pewno znajdziemy szybko kogoś na zastępstwo, a nawet jeśli nie to i tak White i reszta dołączają do nas od jutra - Joe, jak gdyby nigdy nic, pozostaje nie wzruszony - tak czy inaczej jest i będzie zajebiście - kończy wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
- Dobra, podsumujmy to szybko, bo nie chcę was poganiać, ale za pół godziny mamy kolejne spotkanie - pośpiesza nas Adam, nasz menadżer.
- Z kim tym razem? - pytam z ciekawością.
- A no z menadżementem Bring Me The Horizon - odpowiada patrząc w listę.
- Mieliśmy już od rana osiem spotkań - kwituję niewzruszony - mieliśmy mieć jedenaście, Bring Me The Horizon jest dziewiąte, kto jeszcze zostaje po nich? - kalkuluje spokojnie.
- Mike Shinoda aka kalkulator całego świata - śmieje się Joe, a reszta zmęczona papierkową robotą wtóruje mu pod nosem.
- Haha - udaje śmiech, a Joe jak zawsze robi głupią minę.
- Hm, po Bring Me The Horizon zostaje nam jeszcze koleś od Gorillaz, ale wątpie że z nim się dogadamy, bo Gorillaz ma już co prawda nie pełny, ale harmonogram trasy - z niezadowoleniem mówi Adam - a potem to już formalność i podpisanie papierów moi Panowie, bo menadżer The 1975 powiedział z góry że jeśli damy mu dobre warunki, które już mu przedstawiłem... - przerywa na chwilę - to łyka tą trasę bez problemu - uśmiecha się promiennie Adam, a ja słysząc "The 1975" myślę że śnie...
- Czekaj, czekaj - przerywam ciszę - The 1975 ma z nami jechać? - patrzę się na Ruehmer'a z miną zabójcy.
- Tak. Coś nie tak? Masz jakieś obiekcje? - pyta zdziwiony Adam.
- Obiekcje, nie dlaczego - przerywam oddychając głęboko - tylko będę musiał pilnować Mirandy dwa razy tak jak pilnuje zawsze - mówię gorzko - kurwa...
- Niby czemu? - pyta zaaferowany Ruehmer.
- Oj, no bo nasz Mike miał wczoraj małe spotkanie trzeciego stopnia z ich wokalistą. Chodziło o Mirandę, a dalej się sam domyśl - kwituje Phoenix.
- Aaaa, dobra, no ale wiesz Mike... - natychmiast mu przerywam
- Tak, wiem, nie mieszam pracy z prywatnością. Zazdrość mi przejdzie, to kwestia czasu - pragnę zakończyć temat i dla picu nachylam się nad którymś z papierków, niby próbując odczytać coś napisane małym drukiem.
- Masz zaufanie do Mirandy? Prawda? - do muru standardowo przyciska mnie Chester.
- Tak, mam... - mówię nie pewnie.
- Aha, jeśli myślisz że nie wyczujemy niepewności w twoim głosie to jesteś skończonym frajerem Shinoda! - Brad, jak zawsze nie boi się mówić tego co mu ślina na język przyniesie.
- Jezu - wkurzam się i wstaje - po prostu Miranda przyznała mi się do tego że on się jej podoba, ok? Nie jestem z tego faktu zadowolony, ale wiem że ona mnie kocha więc dlaczego od razu zakładacie że miałbym stracić do niej zaufanie?! - przerywam ich wątpliwości, podnosząc ton.
- Dobrze, już. Nie chodziło o to akurat, ale ok, już ci wierzymy - kończy dyskusję Rob. Już mam się go spytać o co niby chodziło, ale w tym momencie na moje zbawienie wtrąca się Adam.
- Dobrze, panowie stop! Spotkanie za 25 minut, trzeba się streszczać. Potem zrobimy sobie męską pogawędkę - kończy.
- No i wice wersa - kończy Chester, dziwnie wkurzony.


***


- Dobrze że znam Londyn jak własną kieszeń - zagaduje do Rihanny, kiedy ta w końcu wydostaje się z galerii handlowej - gdyby nie ten mały fakt to pewnie już dawno zgubiłybyście mnie na jakimś rogu - śmieje się pod nosem, trochę zirytowana czekaniem na Riri i Beyonce.
- Jejku, narzekasz jak facet - odgryza się Robyn, a Beyonce aktualnie nabija się z nas w najlepsze, razem z małą Blue Ivy.
- Swoją drogą skąd tak dobrze znasz Londyn? - pyta z zaciekawieniem Beyonce, kiedy ja i Rihanna próbujemy zapakować wszystkie zakupy do samochodu.
- Nigdy wam o tym nie mówiłam? - pytam zdziwiona.
- No właśnie nie - nadmienia Bey, sadzając Blue Ivy w foteliku i zapinając zabezpieczenia.
- Mój tata jest pół Polakiem - zaczynam - stąd znam Polski i Polskę, mam rodzinę w Warszawie i Wrocławiu, bo co roku rodzice mieli zwyczaj zabierania nas na około miesiąc do Polski - przerywam zamykając bagażnik - za to moja kochana mamusia jest w połowie brytyjką, w połowie amerykanką - kiedy wsiadamy do samochodu i zamykamy drzwi, dokańczam - urodziła się i wychowała w Londynie, dopiero kiedy miała 12 lat to dziadkowie wyprowadzili się z nią do Los Angeles, a dom w Londynie zostawili na wakacje i różne takie - przerywam, by odpalić samochód - dlatego co roku po miesiącu w Polsce, lecieliśmy na następny miesiąc, albo chociaż dwa tygodnie do Londynu. Stąd i Warszawę i Wrocław i Londyn znam jak własną kieszeń, bo jako ta najbardziej "popularna" - to ostatnie mówię z sarkazmem - zawsze miałam stałe grono znajomych w Polsce jak i w Londynie - uśmiecham się niewinnie.
- Woah, jedź ty światowa kobieto, bo zaraz twój per Pan Shinoda ochrzani nas za ponad godzinę spóźnienia - pośpiesza Rihanna.
- Szkoda tylko że godzina spóźnienia to twoja wina - upomina ją Beyonce z niewinną miną.
- Jeju, czepiacie się... - Riri robi obrażoną minę, a my się z niej śmiejemy.


***


Po południu, O2 Arena Londyn.

Przez całą pierwszą część koncertu instynktownie próbuję gdzieś na widowni znaleźć Matthew. Kilka nie udanych prób, decyduje o mojej rezygnacji i wtedy już skupiam się tylko na śpiewaniu. Po ostatniej piosence żegnam się z fanami, wyrzucam wszystko co się da, na koniec ostatni raz wchodzę w tłum i zbiegając z platformy dla ochroniarzy, wbiegam dolnym, prawie nie widocznym wejściem pod scenę. Technicy pomagają mi się wydostać z pomiędzy rusztowań utrzymujących scenę. Kiedy wychodzę, za nią standardowo czeka na mnie mój zespół, asystenci z wodą i ręcznikami oraz LP. Jak to ja pełna energii, obskakuje wszystkich jak popaprana.
- Ale na prawdę nie musicie za każdym razem czekać na nas za sceną - mówię trochę się ogarniając - przecież sami musicie się ogarnąć do koncertu, a nie patrzeć na niańczenie nas - śmieje się, a Gabi, Ann, Claudia, Viki i Patricia mi przytakują.
- Cicho tam - śmieje się Chester - jak będziemy mogli to będziemy na was czekali, a że akurat możemy to czekamy - reszta LP mu przytakuje.
- Ok, nie mam zamiaru tego kwestionować, Panie - śmieje się, po czym całuję Mike'a, który odwzajemnia mój pocałunek, ale nie wiedzieć czemu jest dzisiaj jakiś inny i nieobecny. Nie przywiązuje do tego większej uwagi, bo już cztery razy próbowałam coś z niego wyciągnąć i się nie udało. Znam Mike'a i wiem że kolejna próba i wiercenie mu dziury w brzuchu, byłoby bezsensowne. 
- Czemu tak lecisz? - pyta zdezorientowany Brad, kiedy wybiegam dość daleko do przodu i zatrzymuje się przy wejściu na korytarz.
- Chcę zdążyć na początek koncertu Maroon 5, a mam tylko 15 minut! - odkrzykuje, co najwidoczniej upomina Viki, Gabriela i Ann, którzy jak oparzeni ruszają w moją stronę, tłumacząc reszcie że oni też muszą na to zdążyć.
- Ale przecież grają jeszcze jutro! - krzyczy Phoenix - i to nie 15, a 40 minut po was!
- Chcę ich widzieć dzisiaj! - krzyczę i dalej biegnę do garderoby.
- Ale przecież widziałaś ich rano! Nawet rozmawiałaś z Adam'em! - drażni się ze mną Dave.
- Ale na koncercie to co innego Rudy no! - odpowiadam wiedząc że "Rudy" doprowadza Phoenix'a do szewskiej pasji i śmieje się wrednie pod nosem. Wpadam jak oparzona do garderoby i przez następne 15 minut staram się zrobić ze sobą wszystko, byleby wyglądać i choć odrobinę przypominać człowieka. Fakt że na okrągło na siebie wchodzimy i biegamy sobie pod nogami, zdecydowanie nie ułatwia nam szybkiego doprowadzenia się do porządku. Kiedy Gabi orientuje się że już jesteśmy spóźnieni, alarmuje nas o tym krzycząc jak syrena alarmowa.
- Miranda no chodź do cholery! - drze się jako jedyny czekając na mnie przy drzwiach, kiedy poprawiam makijaż.
- Idź tam już! Zaraz do was dołączę! - odkrzykuję wkurzona. Wprost nienawidzę jak ktoś mnie pośpiesza. Lubię robić wszystko w swoim tempie, nawet jak wiem że już jestem spóźniona, chociaż wiadomo...staram się unikać spóźnień, ale czasami się zdarzy. Kończę makijaż, spryskuje się moim ulubionym perfumem i biegnę do pokoju obok po moją skórzaną kurtkę. Oczywiście w całym bałaganie jaki wszyscy narobiliśmy podczas szykowania, nie mogę jej znaleźć. Przewalam sterty ciuchów i latam po pokoju jak opętana, jednak bez skutku. Gdy w akcie desperacji, zaczynam jej szukać na fotelu, nagle słyszę głośne pukanie.
- No już idę! - odkrzykuję maksymalnie wkurzona, nie spoglądając nawet w stronę drzwi, przekonana że to Gabriel - po tylu latach przyjaźni mógłbyś się przyzwyczaić do tego że zawsze się grzebie! - kończąc zdanie, prostuje się gwałtownie i klnę niemiłosiernie, czując promieniujący ból w łokciu i próbując się go jak najszybciej pozbyć. Oczywiście musiałam uderzyć się o to głupie biurko. Ohh...
- Swoją drogą mógłbyś mi pomóc, a nie stoisz w tych drzwiach jak... - nie dokańczam zdania, bo obracając się do drzwi orientuje się że osoba która za chwilę dostałaby ode mnie rzęsisty opierdol, wcale nie jest Gabrielem.
- Cześć - mówi Matthew jakby nigdy nic, nie powstrzymując przy tym swojego rozbawienia. Na początku nie wiem co powiedzieć, stoję zamurowana, zażenowana i sama jeszcze nie wiem jaka. Dzisiaj wygląda trochę inaczej niż wczoraj, ale i tak jest cholernie pociągający. Dziś ubrany jest w białe spodnie i koszulkę, a włosy ma zaczesane do tyłu, ale nie związane.
- Tego szukasz? - ściąga swoje ciemne okulary i robi pytającą minę, unosząc do góry palec wskazujący na którym zawieszona jest moja kurtka.
- Tak, tego szukam - mówię w końcu - przepraszam cię za to czego byłeś tutaj świadkiem, ale trochę mnie poniosło - zaczynam się tłumaczyć.
- Zauważyłem - zaczyna się śmiać - spokojnie, każdy z nas jest tylko człowiekiem - powstrzymuje śmiech, na co ja reaguje z lekką ulga, przez fakt że przy jego uśmiechu miękną mi trochę nogi, co wcale mi nie pomaga. Biorę się w garść, pamiętając że muszę się trzymać na wodzy, ale to cholera nie jest łatwe.
- Spokojnie, Mirando - nagle zrywa się i zbliża do mnie powolnym krokiem - uśmiechnij się. Przecież oboje wiemy że pięknie się śmiejesz - kontynuuje, zatrzymując się swoją twarzą jakieś 15 centymetrów od mojej i robiąc ten sam wyraz twarzy co wczoraj. Cosgrove! Bądź silna! Musisz być twarda! Mam ochotę w tej chwili uderzyć się czymś twardym w głowę i zemdleć, ale stwierdzając zaraz że to raczej nie byłoby dobrym rozwiązaniem, otrząsam się i miarkując, przybieram swoją normalną postać. Taką jaką mam zawsze wobec przyjaciół, znajomych i tak dalej. Uśmiecham się i staram się być pewna siebie.
- Właśnie o to mi chodziło - wtóruje mi, jednocześnie wskazując na kurtkę, która nadal wisi na jego palcu. Zdecydowanym ruchem ściągam kurtkę z jego ręki i zakładam ją. Moje zdecydowanie wyraźnie go dziwi, zwłaszcza że już miał zamiar zapytać mnie czy sam może mi ją założyć. Czy on sobie przypadkiem trochę za dużo nie pozwala, jak na początek znajomości? Otóż to.
- Nie wiem jak ty, ale ja lecę na koncert Maroon 5, bo już jestem spóźniona - oznajmiam z lekkim rozbawieniem, którym reaguję na jego zdziwienie.
- Hm, no ja właśnie po to tu przyszedłem - natychmiast trochę zmienia front.
- Tak? - udaje zdziwienie.
- Tak. Na koniec koncertu mówiłaś że idziesz na Maroon 5, więc uznałem że to dobra opcja, aby się troszkę lepiej poznać - unosi lekko brew - oczywiście nie zrozum mnie źle, bo różnie może być po tym co wczoraj się stało... - zaczyna się tłumaczyć, a ja prawie wybucham śmiechem na znak triumfu. W tak prosty sposób doprowadziłam Pana Pewnego Siebie Healy'iego do zakłopotania.
- Ok, rozumiem - tym razem to ja się śmieje - powiedz mi jedno jeszcze i idziemy...
- No? - pyta, trochę zbity z tropu.
- Skąd do jasnej od razu wiedziałeś że to moja kurtka? - patrzę na niego pytająco.
- Aaa to - uśmiecha się, a jego pewność siebie wyraźnie wraca z powrotem - poznałem - konfrontuje się ze mną spojrzeniem.
- Poznałeś po czym? - dopytuję
- Po twoim zapachu - uśmiecha się z pewnością siebie patrząc mi w oczy. Ten gnojek dobrze wie że tym zbił mnie kompletnie z tropu i wie że ja też to wiem. Fakt, moje zdziwienie w tym momencie jest ogromne, próbuję zrobić wszystko, aby nie dać nic po sobie poznać, ale chyba mi się to nie udaje. Od razu w głowie pojawiają mi się jego słowa w moim śnie - "Pięknie pachniesz, wiesz?" - zaraz po nich jak na zawołanie - "I cudownie smakujesz..." - jestem w szoku.
- Wszystko w porządku? - pyta trochę zdezorientowany.
- Tak - uśmiecham się jakby nigdy nic - idziemy na ten koncert? Chyba już zaczęli grać - wtrącam szybko dla rozluźnienia atmosfery.
- Pewnie że idziemy - odpowiada, otwierając drzwi od garderoby i przepuszczając mnie w nich.


Ku mojej uldze, na trybunę dla Vipów docieramy chwilę przed tym jak Levine i spółka wchodzą na scenę. Opóźnienia na festiwalach jednak czasami potrafią być pomocne. Wodzę wzrokiem w poszukiwaniu moich przyjaciół, aż zauważam nie dającą się nie zauważyć w tłumie blond czuprynę Gabriela i czwórkę przyjaciółek. Pokazuję Matthew że musimy przedostać się przez jeszcze jeden sektor, a on ze zrozumieniem idzie za mną. Kiedy docieramy na miejsca i je zajmujemy, przedstawiam Matthew reszcie, która jest wyraźnie zdziwiona tym że z nim przyszłam, bo od wczoraj jeszcze nic im nie wspomniałam na temat tego że miałam okazje poznać wokalistę The 1975. Bezlitosne i zdecydowanie mało dyskretne spojrzenie Viki i Gabriela, które wierci we mnie dziurę przez pierwsze 5 minut po przyjściu, najpierw mnie denerwuje, a potem śmieszy. Z wybawieniem przychodzi Claudia, która też mało dyskretnie, za to skutecznie uderza Viki łokciem w bok, a ta jak zawsze nie dość że wydaje z siebie coś na wzór głośnego warknięcia czy pisku, to do tego upada Gabrielowi na kolana, co z kolei odwraca jego uwagę. Nie mogąc powstrzymać śmiechu, kątem oka spoglądam na Matthew, nasze spojrzenia się spotykają i w tym momencie rozumiemy się bez słów, oboje się śmiejąc. Przed zagraniem Moves Like Jagger, Levine wspomina o swoim urazie kręgosłupa i przeprasza wszystkich za to że tym razem nie będzie mógł ruszać się niczym Mick Jagger.
- A tak w ogóle to spójrzcie wszyscy na trybuny, tak o tam - przerywa jeszcze na chwilę, wskazując na trybunę na której siedzimy - pewnie część z was widziała tą diablicę i jej świtę jakieś pół godziny temu jak grała swój koncert - żartuje kiwając do mnie, a kiedy mu odmachuję kończy - Cześć Mirando! Jak coś to chcę wam tylko uświadomić że Miranda i Enemy's Gate tam siedzą razem z wokalistą The 1975. Nie wiem czy już mogę oficjalnie to powiedzieć, najwyżej Shinoda mnie zamorduje - zaczyna się śmiać - ale The 1975 zastąpi nas na tej trasie i myślę że zrobi to godnie, także proszę was o brawa dla Matthew, którego miałem okazje dzisiaj poznać i który jest na prawdę spoko gościem - przerywa, kiedy publika zaczyna klaskać i krzyczeć, Matthew robi gest podziękowania, a ja patrzę na niego pytająco, bo nikt mi o tym nic wcześniej nie mówił - no i o brawa dla wspomnianej wcześniej diablicy i The Enemy's Gate, którzy bezapelacyjnie są zajebiści! - publika wtóruje dalszym słowom Adam'a gromkimi brawami, a ja macham do nich.
- Widzicie jacy oni są skromni? Za to ich lubię - śmieje się Levine, kiedy zaczyna się Moves Like Jagger. Gdy zaczyna śpiewać, odwracam twarz do Matthew siedzącego po mojej lewej stronie i robię minę ze stylu "O co chodzi do cholery?" Ten najpierw się śmieje, ale potem robi się poważny.
- Twój facet nic ci o tym nie powiedział? - pyta zaciekawiony.
- Wiesz, jakoś się najwyraźniej nie złożyło - odpowiadam jakby nigdy nic.
- No to już się złożyło - uśmiecha się głupkowato, a ja przewracam oczami w geście irytacji, która nie jest spowodowana faktem że Mike nic mi nie powiedział, tylko faktem że Healy na okrągło się śmieje, a jego śmiech mnie pociąga. Po chwili namysłu dochodzę do wniosku że już wiem dlaczego Mike jest dzisiaj taki dziwny, nieobecny i wkurzony. The 1975 dołącza do naszej trasy, a on jakby nigdy nic przejmuje się tym do czego przyznałam mu się w nocy. I tak jest zazdrosny o większość facetów wokół mnie, najbardziej o Jared'a, ale przez wczorajszą sytuacje na korytarzu do grona objętych obowiązkiem ciągłego nadzoru w moim towarzystwie, dołącza też Matthew. Muszę się mieć na baczność. Stwierdzam że po tym jaki kierunek udało mi się obrać dzisiaj wobec tego człowieka, nie tylko Mike, ale i ja możemy być spokojni. Mimo że oczywistą oczywistością jest fakt że Healy mi się podoba, to umiem z nim postępować i umiem się zablokować, a to bardzo ważny fakt. Kocham Mike'a i nic, ani nikt tego nie może zmienić.


***


"Więc jeśli odejdziesz, nie wiem co zrobię.
Więc nie odchodź, bo nie mam nikogo poza Tobą."


Gdy wracamy do hotelu po całym dniu papierkowej roboty i naszym koncercie, jestem kompletnie padnięty, a ciągłe dręczące mnie myśli na temat tego gdzie podziewa się Miranda, raczej nie pomagają mi się odprężyć. Fakt, widziałem ją raptem ponad godzinę temu, po naszym koncercie. Mówiła że pójdzie z dziewczynami i Gabrielem na drinka i wróci. Mam do niej zaufanie, ale i tak po tym co powiedziała mi w nocy jestem jakiś nerwowy. Facet zawsze kiedy czuje zagrożenie jest nerwowy. Pff zauroczyła się tym całym Matthew, a do tego The 1975 dołącza teraz do naszej trasy. Ganie się w myślach, bo wiem że Miranda mnie nie zdradzi, że mnie kocha, a on się jej tylko podoba. Poza tym, jakby to powiedział Reuhmer, nie miesza się prywatnych spraw z pracą, nawet jeśli pracujesz ze swoim partnerem życiowym. Ma racje, ale ja jakoś tak po prostu nie umiem nie myśleć o tym pod tym kątem. Nie umiem nie być zazdrosny o Mirandę i tak dalej. W całym fakcie nie pomaga mi też świadomość że Matthew mimo wszystko jest w guście Mirandy. Zawsze podobali się jej chudzi faceci, wokaliści, często z długimi, najlepiej czarnymi włosami, charyzmatyczni, tak zwany typ złego chłopca...tatuaże, pociągający głos. Mówiła mi o tym nie raz, a ja zawsze wiedziałem że jestem na swój sposób wyjątkowy, bo praktycznie nie jestem w jej guście, a mimo to tyle czasu mnie kocha. Przypominam sobie jak kazała mi obiecać że nigdy nie będę kierować się myślą na zasadzie "jestem gorszy, bo nie jestem w jej typie", jednak to nie zawsze jest takie łatwe. Już na pewno nie jest łatwe w takiej chwili jak ta. A co jeśli znajdzie się kiedyś koleś w jej typie, który przyciągnie ją tym czym ja ją przyciągnąłem? Co jeśli zakocha się w nim i mnie zostawi? Co jeśli tym kolesiem jest Healy? No właśnie, tego się boję. Oddycham głęboko, biorę swoją kurtkę i wychodzę się przewietrzyć. Idę powoli do końca ulicy na której znajduje się nasz hotel i z powrotem. Staje pod wejściem do hotelu i w oddali zauważam Mirandę...i Matthew. Mam ochotę wybuchnąć.


***


Rozmowa z Matthew strasznie mnie wciąga, a jeden drink zamienia się w cztery. Aż trudno uwierzyć że mamy ze sobą tyle wspólnych tematów. Jak nie muzyka to trasa, jak nie trasa to samochody, jak nie samochody to ubrania, jak nie ubrania to Londyn, pisanie tekstów i tak dalej. W końcu stwierdzam że muszę się zbierać. Oczywiście Viki, Gabriel i Pati szaleją na parkiecie, a Claudia i Ann zagłębiają się w rozmowę o tatuażach z bardzo miłym barmanem. Nie chcąc im przeszkadzać, zbieram się, dowiaduje się tylko za ile mają zamiar wrócić, a kiedy Claudia zapewnia mnie że za góra godzinę się zbierają, spokojna wychodzę z klubu w towarzystwie Matthew, który przed samym wyjściem obiecuje jej i Ann że doprowadzi mnie do hotelu całą i zdrową. Gdy wychodzimy, dalej rozmawiamy i nawet nie zauważamy kiedy znajdujemy się już przy hotelu. Nagle zaczyna mi się kręcić w głowie i tracę równowagę. Matty szybko łapie mnie za rękę i obejmuje w pasie, abym nie upadła.
- Nic ci nie jest? - pyta z przejęciem, kiedy zaczynam oddychać równomiernie i odzyskuje równowagę. Zdezorientowana podnoszę głowę i zaraz spotykam jego ciepłe, brązowe tęczówki, które chyba znajdują się zdecydowanie zbyt blisko mojej twarzy. Ten błysk przerażenia w jego oku, sprawia że mimowolnie, sama nie wiem dlaczego lekko się uśmiecham.
- Tak, wszystko ok - odpowiadam otrząsając się z zamulenia.
- Jesteś pewna? Dużo nie brakowało żebyś zemdlała - dopytuje zdenerwowany, a ja zapewniając go że wszystko jest w porządku, walczę ze sobą samą i wygrywając walkę, delikatnie ale zarazem zdecydowanie wychodzę z jego objęć, zwiększając trochę dystans między nami.
- Przepraszam - mówi nagle - zrobiło się niezręcznie, serio przepraszam.
- Nie masz za co Matty - śmieje się pod nosem. Stoję o własnych siłach, ale on nadal przytrzymuje moje przedramię, dla bezpieczeństwa - jeśli oczywiście mogę do ciebie tak mówić?
- Tak, pewnie - uśmiecha się i puszcza mi oczko - na pewno już wszystko dobrze? Dotrzesz sama do pokoju?
- Myślę że tak - zapewniam, a on z lekkim ociąganiem wypuszcza moją rękę ze swojego uścisku.
- Mogę dać ci takiego koleżeńskiego buziaka na pożegnanie? - wypala nagle - czy twój chłopak mnie za to zamorduje? - robi tą swoją uroczą, pytającą minę.
- Może zamordować - żartuje - ale raczej Mike należy do tych którzy muszą mieć na prawdę poważny powód by zabić - śmieje się.
- Oh, czyli nie muszę się go jak na razie bać? - pyta niewinnie.
- Na razie sądzę że możesz być spokojny - puszczam mu oczko.
- Ciesze się - uśmiecha się, dając mi pożegnalnego buziaka w policzek - na pewno trafisz? - upewnia się.
- Tak, na bank - śmieje się.
- Do zobaczenia - rzuca, kiedy idę w stronę wejścia.
- Pa - odpowiadam, a kiedy się odwracam zauważam Mike'a. Staję jak wryta, widząc jego minę, która znów zdecydowanie nie wskazuje na nic dobrego.


Cytaty: The 1975 - Falling For You, Coldplay - Trouble, The 1975 - Sex, Lenka - Trouble Is A Friend, Hurts - Evelyn.

niedziela, 26 października 2014

Leave Out All The Rest Part 17.

Jejku, pierwszy raz od roku dodaje rozdział! Czujecie moje podniecenie? xD Ok, tak na poważnie to daję wam 17 i jestem pewna że co najmniej część z was będzie chciała mnie zabić, ale who cares. Czekam na opinie i co bardzo ważne! Proszę was abyście przed przeczytaniem rozdziału zajrzeli do zakładki Fabuła oraz Bohaterowie, abyście nie pomylili się w przebiegu czasu, co jest bardzo ważne i abyście znali nowego bohatera <3 :D Z góry dziękuję za wszystkie opinie i proszę o komentarze. Jeśli macie kogoś kto lubi opowiadania tego typu, wyślijcie mu linka lub pokażcie bloga ;) Przepraszam za wszystkie ewentualne błędy, ale niestety nie mam głowy do poprawienia ich, poza tym targają mną emocje jak szatan, bo w końcu z powrotem daje ujście swojej wenie twórczej ;p Nic, zapraszam do czytania, komentowania i mam nadzieję że będzie się podobać. Dobranoc, Cassandra :)

"Czas, by działać lub umierać. (...)
Czas, by żyć...
Nigdy nie zapomnę tej nocy, zaśpiewamy, zaśpiewamy...
Oto, jak toczy się ta historia..."
 


4 czerwca 2014 - Project Revolution 2014 - Stadion Wembley, Londyn.

Wychodzę na ogromną scenę, a wbrew moim oczekiwaniom nogi i gardło nie odmawiają mi posłuszeństwa. Dopiero teraz widzę w całej okazałości tą wspaniałą, przeogromną grupe ludzi zgromadzonych na stadionie. Część z nich trzyma ogromne transparenty, część tylko malutkie kartki z wieloma, bardzo schlebiającymi nie tylko mi napisami. "Ci wszyscy wspaniali, piękni ludzie przyszli tutaj po to by zobaczyć Ciebie. To najwspanialsi ludzie na świecie. Większość z nich to twoi fani, Mirando" - słyszę w głowie zdanie wypowiedziane mi do ucha przez Mike'a tuż przed wejściem na scenę.
- To moi fani - powtarzam pod nosem, słysząc pierwsze takty wygrywane przez muzyków z towarzyszącego mi zespołu, który za moją decyzją popartą przez Linkinów tworzą moi najwspanialsi przyjaciele. Viki gra na gitarze, Gabriel na basie, Ann na perkusji, Patricia (nasza stara dobra przyjaciółka z dzieciństwa, ściągnięta na w pewnym sensie reaktywację zespołu od ojca tyrana z Florydy) zajmuje się DJ-owaniem i keyboardem, a szalona Claudia (przyjaciółka Pati z Florydy i nasza dobra kumpela) gra na prawie wszystkim od gitary aż do skrzypiec i wiolonczeli. Cieszę się bo najbliżsi mi ludzie są tu i teraz ze mną, a moi fani czekają na to aż dam z siebie milion procent.

"Skocz i dotknij nieba".

Zaczynam śpiewać i dopiero wtedy słyszę prawdziwy odzew tych wspaniałych ludzi zgromadzonych pod sceną. Widać że niektórzy nie są moimi fanami, a i tak bawią się świetnie. Krzyczą, niektórzy nawet płaczą, skaczą, okazują swoją miłość do mnie i mojej muzyki jak tylko się da najlepiej. Są ich tysiące, tysiące wielbiących mnie ludzi. Mimo iż nie jestem w stanie uwierzyć że coś tak pięknego ma właśnie miejsce i dotyczy mnie, trzymam fason i daję z siebie na prawdę wszystko. Widząc energię tłumu czuję jak adrenalina pulsuje mi w żyłach. Energia rozpiera moje ciało, a ja zachowuje się niczym rasowy sceniczny zwierz.
Wylewam z siebie siódme poty skacząc i wyprawiając różne nieziemskie akrobacje, a z każdą kolejną piosenką tłum ludzi staje się co raz bardziej energiczny i aż trudno uwierzyć że jeszcze ma tak wielką siłę do krzyków, skoków i innych rzeczy. Po każdym szale energetycznym, który odczuwam podczas tych nie spokojnych utworów, przychodzi chwila odsapnięcia dla mnie i tych ludzi, podczas któregoś ze spokojnych. W czasie dwóch ostatnich piosenek dwukrotnie wchodzę w tłum, stając na barierkach. Ochrona oczywiście szaleje, trzymając mnie za pasek od spodni, nogi i koszulkę. Wszystko byleby nic mi się nie stało. Owszem, tłum napiera z ogromną siłą, a ja ledwo trzymam się na metalowym pręcie barierki, ale ludzie podemną łapią mnie za ręce do daje mi w pewnym sensie rodzaj amortyzacji. Podaje ręce komu tylko się da i wraz ze wszystkimi, tymi blisko mnie i tymi daleko, głośno śpiewam:

Here you are down on your knees again
trying to find air to breathe again
and only surrender will help you now
the floodgates are breaking and pouring out...


Ludzie szaleją wyciągając do mnie ręce i krzycząc. Mimo dość wysokich obcasów do których co prawda jestem przyzwyczajona, zeskakuje z barierki i biegnę w stronę schodów po drodze przybijając piątki łapiącym mnie fanom z przodu. Wbiegam na scenę zaczynając śpiewać ostatnią piosenkę, która tak jak zaplanowałam ma być połączona z kawałkiem coveru jednej z moich ukochanych piosenek. Nie jest to co prawda piosenka Linkinów, bo nie chcę być przewidywalna, a wszyscy tylko czekają na to aż walnę na żywo cover LP. Trochę sobie jeszcze poczekają - myślę w duchu śmiejąc się do siebie. Po skończeniu drugiego refrenu Disturbi, Viki zadziwia niczego nie spodziewającą się publikę mocnym gitarowym rifem, będącym wstępem do piosenki którą coveruję. Po wstępie zaczynam:

Cut my life into pieces
This is my last resort
Suffocation
No breathing
Don't give a fuck if I cut my arm, bleeding.


Publika poznając piosenkę krzyczy jak opętana i kontynuuje wraz ze mną:

Cut my life into pieces
I’ve reached my last resort
Suffocation
No breathing
Don't give a fuck if I cut my arm, bleeding
Do you even care if I die bleeding?
Would it be wrong?
Would it be right?
If I took my life tonight
Chances are that I might
Mutilation outta sight
And I’m contemplating suicide


Cuz I’m losing my sight
Losing my mind
Wish somebody would tell me I’m fine
Losing my sight
Losing my mind
Wish somebody would tell me I’m fine.


Zamierzenie pomijam drugą zwrotkę i kilka razy pod rząd wraz z rozwrzeszczanym tłumem powtarzam:

Cut my life into pieces
This is my last resort
Suffocation
No breathing
Don't give a fuck if I cut my arm, bleeding!
Would it be wrong?
Would it be right?
If I took my life tonight
Chances are that I might
Mutilation outta sight
And I’m contemplating suicide


Potem śpiewam po raz ostatni:

Cuz I’m losing my sight
Losing my mind
Wish somebody would tell me I'm fine
Losing my sight
Losing my mind
Wish somebody would tell me I’m fine
Nothing’s alright
Nothing is fine
I’m running and I’m crying


Na samiutkim końcu powtarzam jeszcze refren mojej piosenki...

Put on your pretty lies
We're in the city of wonder
Ain't gonna play nice
Watch out, you might just go under
Better think twice
Your train of thought will be altered
So if you must faulter be wise
Your mind is in disturbia
It's like the darkness is the light
Disturbia
Am I scaring you tonight
Your mind is in disturbia
Ain't used to what you like
Disturbia
Disturbia.


...i z ogromną satysfakcją, zadowoleniem i energią kończę koncert efektownym skokiem z podestu, który na obcasach nie jest tak łatwy jakby się wydawało. Stadion wrze. Wszyscy krzyczą, skandują moje imie, w powietrzu widać ogrom białych kartek z czarnym napisem głoszącym po prostu "Dziękujemy!". To najpiękniejszy widok jaki widziałam w życiu.
- Dziękuję Wam! Jesteście cudowni! Widzę wszystkie te piękne twarze i nie mogę uwierzyć w to że jestem tutaj! Z całego serca dziękuję też mojej wspaniałej kapeli! Niesamowitej Victorii grającej na gitarze, wspaniałej Annie dającej czadu na perkusji, cudownej Patrici czuwającej nad DJ-ką, keyboardem i pianinem, szalonej i niezwykłej Claudii grającej na czym popadnie od bębnów poprzez gitary do keyboardu i skrzypiec oraz również świetnemu Gabrielowi wymiatającemu na basie! Oczywiście nie mogę zapomnieć o moich wspaniałych mentorach których ujrzycie tego wieczoru podczas kolejnego wspaniałego koncertu! Linkini jesteście zajebiści! Kocham Was! - tłum odwzajemnia każde moje słowo okrzykami radości i niesamowitymi emocjami - Jeszcze raz ogromne dzięki! To byłam ja - Miranda Cosgrove w towarzystwie nieziemskiej kapeli - The Enemy's Gate! Do zobaczenia na koncercie LP! Dzięki! - wyrzucam w tłum prawie wszystko co mogę wyrzucić. Wiecie, taka tam szkoła Linkinów, jakby to z pełną skromnością powiedział Phoenix. Słuchawki, ręczniki, kostki do gitar, pałeczki do perkusji, woda i wszystko inne ląduje w rękach fanów, a ja dziękując chyba po raz setny kłaniam się i kiwam im z ogromnym podziwem. Kiedy schodzę ze sceny, ludzie skandują jeszcze moje imię na przemian z nazwą kapeli, a ja pełna radości zbiegam po schodach i wpadam w ramiona uhahanych nie mniej ode mnie Linkinów.
- Boże, jakie to było piękne!! - krzyczę jak głupia i gadam tak szybko że wątpie iż ktokolwiek cokolwiek z mojej podnieconej gadaniny rozumie. Mike i Rob podają mi reczniki i wode, a ja nadal gadam nakręcona jak katarynka. W końcu zatrzymuje się kiedy wpada mi do głowy że przecież Linkini znają to uczucie dużo lepiej niż ja i nie musze, a nawet nie powinnam im o nim opowiadać, bo wiecie...to tak głupio opowiadać swoim nauczycielom o czymś co znają miliard razy lepiej niż ja, młoda uczennica.
- Błagam Cię, nie przejmuj się tym i opowiadaj nam do utraty sił - śmieje się Chester - to twój pierwszy, historyczny koncert. Musisz się nim jarać!
- No tak, jaram się tak że nie wiem no! Boże, rozumiecie to?! Wasi fani, moja rodzina, Soldiers! Oni, oni traktowali mnie jak bym była ich idolką, chociaż nie jestem bo przecież to wy jesteście ich idolami, a nie ja, jakaś tam Miranda! Wiem że Soldiers to najwspanialsza rodzina na świecie, bo nie raz miałam okazje się o tym przekonać, ale nigdy bym nie pomyślała że przyjdą wspierać jakąś tam zwykłą mnie, kiedy równie dobrze mogą przyjechać chwilkę przed waszym koncertem!
- Mirando, ale tam nie byli tylko nasi fani - przerywa mi Rob z uśmiechem.
- No właśnie - potwierdza Brad - tam są fani wszystkich ludzi zgromadzonych na Projekcie..
- Co oznacza że nie tylko zdobywasz prawdopodobnie przyszłych fanów wśród fanów naszych i reszty, ale masz też swoich fanów którzy już zdążyli Cię pokochać za płytę i to co na niej stworzyłaś - kończy Mike, całując mnie czule w czoło.
- Nawet nie zdajesz sobie cholernej sprawy z tego jacy jesteśmy z Ciebie dumni - śmieje się Phoenix, a reszta przytakuje mu z uśmiechami.
- Boże, nawet nie wiecie jak bardzo was wszystkich kocham - rozklejam się, a oni wszyscy bez słowa mnie przytulają - nie dość że spełniliście moje największe marzenia to jeszcze przyjeliście mnie i zaopiekowaliście się mną. Wiem że to dziwnie brzmi, ale...przecież ja byłam i jestem tylko zwykłą fanką, nie wyróżniam się niczym szczególnym. Wybraliście mnie z tłumu jakby nigdy nic i daliście mi wszystko o czym marzyłam z waszą przyjaźnią i miłością Mike'a na czele - mówie przez płacz nie mogąc zapanować nad emocjami.
- Akurat miłością Mike obdarzył Cię sam - mówi Chaz śmiejąc się.
- Poza tym to nie jest kwestia naszego wyboru. Sama dobrze wiesz że czasami przypadkiem los sprezentuje Ci coś o czym marzysz - śmieje się Joe, a Brad kontynuuje za nim - tak było z tobą i nami. Na Summitcie dostałaś szanse życiową, spotkanie z nami, a że my kojarzyliśmy Cię z wielu wielu Meet & Greetów i spotkań to podeszliśmy do Ciebie jak do starej dobrej znajomej - pałeczkę przejmuje Mike - na spotkaniu jak dobrze pamiętasz rozgadaliśmy się z Tobą tak że nie mogliśmy przestać. Ty okazałaś nam swoje uczucia związane z nami i naszą muzyką, a my je odwzajemniliśmy bo nie dość że kochamy każdego fana z osobna to jeszcze Ciebie mieliśmy okazje poznać nie tylko ze strony fana, a również ze strony spojrzenia na świat, muzykę nie tylko naszą i na wszystko - jak chórek każdy z Linkinów po kolei dodaje coś od siebie, zupełnie jakby porozumiewali się telepatycznie - potem jak już Ci wiele razy mówiliśmy Mike znalazł stare demówki które kiedyś dostał od mojego kumpla Malcolma, właściciela baru w którym graliście przed rozpadem, przesłuchał je i uświadomił sobie że to The Enemy's Gate. Przyniósł je nam do studia, a kiedy ich posłuchaliśmy, dał pomysł żeby wziąć Cię jako naszą doradczynię, uczennice i pomocniczkę - tłumaczy Phoenix - a my zgodziliśmy się na to jednogłośnie - śmieje się Rob.
- Nic dziwnego że Miranda tak Was kocha - mówi uśmiechnięta od ucha do ucha Patricia, podchodząc do nas wraz z Viki, Gabrielem, Anną i Claudią.
- Chodźcie tutaj wszyscy, Was też cholernie kocham! - rzucam się na przyjaciół sciskając ich jak najmocniej się da.
- My Ciebie też - odpowiadają wszyscy chórem.
- Z Was też jesteśmy cholernie dumni! - wykrzykuje Chester rzucając się z resztą Linkinów by przytulić Viki, Ann, Claudię, Gabiego i Pat. Po wszystkich czułościach, wspólnie udajemy się do naszych garderob, które umiejscowione są praktycznie na przeciwko siebie. Mimo iż powinnam być wykończona po tym co wyprawiałam na scenie, nie czuję żadnego zmęczenia - wręcz przeciwnie - jestem naładowana pozytywną energią od stóp aż po sam czubek głowy, a z radości mam ochotę krzyczeć, skakać, biegać i co tylko. Identyczny stan euforii utrzymuje się u moich równie mocno podnieconych koncertem przyjaciół. Możnaby spokojnie stwierdzić że sześć osób będących w takim stanie rzeczy i przybywających ze sobą w jednym, co prawda bardzo dużym, ale jednym pomieszczeniu, stwarza zagrożenie nie tylko dla dobra przedmiotów w owym pomieszczeniu zgromadzonych, ale i dla siebie i osób z poza pomieszczenia. Otóż, jak się okazało nic poważnego nie miało miejsca, a żaden mebel czy cokolwiek innego nie zostało zniszczone. No może z wyjątkiem dywanu na który Claudia nie chcący rozlała sporą ilość Pepsi, podczas tego jak przekoziołkowała przez kanapę i znalazła się za nią, twardo upadając na ziemie. Jak i dlaczego Claudia przeszybowała zgrabnym fikołkiem od przodu aż do tyłu kanapy i na podłogę? Odpowiedź w jej przypadku jest dość logiczna. Zobaczyła Jacoby'ego Shaddixa wchodzącego do naszej garderoby, i jako szalona fanka Papa Roach nie mogła do końca zapanować nad swoimi emocjami co poskutkowało owym upadkiem. Co prawda Pepsi da się sprać z dywaniu, ale i tak nie zmienia to faktu że nasza dzika euforia coś zniszczyła. Na początku wszyscy sądzili że Claudia po takim upadku jest co najmniej połamana, ale nic jej się na szczęście nie stało i już po sekundzie wstała o własnych siłach, usiadła na kanapie i jakby nigdy nic podjeła najnormalniejszą w świecie rozmowe ze swoim idolem. W pierwszym momencie myśleliśmy że coś jej się stało, jednak już po chwili jej zachowanie wydało się tak komiczne że wszyscy jak jeden mąż zaczeliśmy się śmiać.
- Serio przepraszam za tą reakcje, ale jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tego że za każdym rogiem czai się jakiś zajebisty członek zajebistego zespołu, a tym bardziej nie przyzwyczaiłam się do tego że w każdej chwili mogę spotkać członka mojego ukochanego zespołu... - wytłumaczyła Claudia po tym jak wszyscy przestali się śmiać, najpierw z jej upadku, a potem z jej miny.
- No tak, trzeba przyznać ze za dużo czasu na przywyknięcie do tego to ty nie miałaś - odpowiadam z aprobatą, nadal się śmiejąc.
- No właśnie no i wiem Jacoby że pewnie sądzisz że jestem jakaś... - kontynuuje Claudia.
- Spokojnie, nie sądzę że jesteś popieprzona - przerywa jej wokalista z uśmiechem - wielu fanów tak reaguje i nawet jeśli są popieprzeni to pozytywnie, a w tym przeszkód nie widzę - mówiąc to Jacoby puszcza do nas oczko, a my przytakujemy, z doświadczenia fanowskiego, dobrze wiedząc o co mu chodzi.
- Nawet nie wiesz jak się ciesze że mnie rozumiesz - odpowiada brunetka z ulgą, a jej twarz rozpromienia się pod wpływem delikatnego i niezwykle szczerego uśmiechu.
- W sumie to przyszedłem do was po to żeby powiedzieć że zrobiliście zajebisty cover Last Resort - w oczach Jacoby'ego nagle zapaliły się jakby małe ogniki, świadczące o tym że na prawde cholernie podobało się mu nasze wykonanie - reszta nie chciała wam teraz przeszkadzać, ale też stwierdzili że wasz cover jest świetny i pewnie powiedzą wam o tym później. Ja po prostu nie mogłem się opanować i dlatego przyleciałem do was od razu, zakłócając przy okazji wasz spokój - śmiejąc się, patrzy znacząco na Claudię, która robi minę mówiącą "Ja nic nie wiem".
- Eee tam spokój - mówie przekornie - ważne że podobał się wam nasz cover. Najbardziej się bałam właśnie tego że coś spieprzę i dam ciała po całości z wokalem - robię przerażoną minę.
- Nic nie spieprzyłaś! Dziewczyno, nie wkurzaj mnie w ogóle tymi twoimi skromnymi tekścikami ze stylu "Ja bałam się że coś spieprze, przecież jestem taka straszna i nie umiem zrobić czegoś dobrze" - Jacoby przedrzeźnia mnie, zarazem parodiując mnie tak komicznie że nie jestem w stanie być poważna i się nie śmiać - nie chrzań proszę i doceń w końcu siebie samą, bo bez powodu kariery nie zrobiłaś - dokańcza wokalista, a ja odpowiadam już całkiem poważnie, ale z uśmiechem:
- Dobrze, przestanę chrzanić.
- No! I tak ma kurde być! - wtóruje mi wokalista - idę już. Nie będę wam dłużej truć dupy - żegna się, jednak otwierając drzwi zatrzymuje się jeszcze na chwilę z pytaniem - jak się ogarniecie to przyjdziecie popatrzeć  na trybuny? Bo wiecie - robi kolejną komiczną minę - będę występować ja i nie tylko ja, jeszcze inni, ale ja zwłaszcza - uśmiecha się dziwnie i poprawia sobie włosy, udając przy tym kompletnego palanta, co jest tak zabawne że wszycy wybuchamy śmiechem.
- Pewnie że przyjdziemy - wyduszam przez śmiech.
- To dobrze - odpowiada niby to zmanierowanym głosem i wychodzi robiąc uśmiech, który wyraźnie przyprawia Claudię o palpitacje serca.

***

- Szczerze Ci powiem że nie mam pojęcia po co my dalej rozmyślamy o tym planie, skoro i tak nie zrealizujemy go wcześniej niż w październiku - blondyn opada ciężko na oparcie kanapy przecierając oczy ze zmęczenia.
- Uwierz mi że jeszcze będziesz mi wdzięczny za poprawki które na okrągło nanoszę w planie - odpowiadam z niedowierzaniem patrząc na tłumy które zebrały się na koncercie Mirandy i tej jej całej kapeli. Oczywiście ani Ona, ani Linkini nie mogli odpuścić sobie takiej okazji jak pokazanie wszystkich koncertów Projectu zagranych na Wembley w Brytyjskim i Amerykańskim MTV.
- Założę się że za kilka dni to będzie puszczane już nie tylko w USA i UK, ale w MTV na całym zapiździałym globie - Dominik przekazuje mi swoją średnio rezolutną i średnio mi do życia potrzebną informację, a ja kiwając lekko głową, odpowiadam ironicznie:
- No co ty?!
- No taka prawda no - wzburza się.
- Mówisz o tym jakby co najmniej była to informacja wagi państwowej. Logiczne przecież że zaraz wszyscy rzucą się tylko po to żeby wykupić prawa do publikowania zapisu tego - robie sarkastyczną minę i cytuję kawałek z okładki jednego z czasopism muzycznych - najbardziej wyczekiwanego i obleganego przez Europejczyków festiwalu i trasy koncertowej z gwiazdami nawiększego formatu - kończe, a na widok mojej miny Dominik uśmiecha się dziwnie. Nie jest to uśmiech do jakiego przywykłam przebywając z nim przez cały ten okres wymyślania niecnego planu. Ten uśmiech jest bardziej...hmm pociągający niż zwykle. Od samego początku kiedy poznałam Dominika, nie ukrywałam że uważam go za przystojnego mężczyzne. Co z tego że jest ode mnie młodszy? W obecnej chwili nie ma to dla mnie większego znaczenia. Kiedyś miałabym co do tego obiekcje, bo dla niektórych to dziwne kiedy młodszy facet związuje się ze starszą o przykładowo 10 lat kobietą, jednak dzisiaj nie czuje już czegoś w rodzaju tej dziwnej presji nakładanej przez społeczeństwo. Ludzie sami przywykli do związków młodszych mężczyzn ze starszymi kobietami i nikt już dzisiaj nie zwraca na to większej uwagi. Kiedy tak rozmyślam, nie zauważam że moje spojrzenie cały czas spoczywa na siedzącym obok mnie Dominiku, który przygląda mi się podejrzliwym, ale nadal pociągającym spojrzeniem. Blondyn przybliża się do mnie nadal bacznie obserwując moje reakcje, tak jak ja siada na brzegu kanapy i zdecydowanym ruchem obejmuje moją obolałą szyję, dłoń układając na karku. Patrząc mu w oczy, chce się odezwać, zapytać się co robi, jednak mój pociąg seksualny wygrywa i już po chwili trwamy z Dominikiem w namiętnym pocałunku. Mój rozum krzyczy abym przestała, jednak ja tak dawno nie czułam bliskości żadnego mężczyzny że nie mam najmniejszego zamiaru oderwać się od tego człowieka. On również nie wykazuje chęci zaprzestania czynności i jakby nigdy nic zaczyna podnosić moją koszulkę. Chcąc przyspieszyć proces, też zabieram się za rozbieranie , a on bez żadnych oporów mi na to pozwala. Po pozbyciu się wszystkich części garderoby, Dominik zaczyna pocałunkami schodzić niżej, od moich ust, poprzez szyję, biust i brzuch aż do spragnionych czułości ud. Osobiście mam ochotę uderzyć go za to jak się ociąga, ale z drugiej strony jego pieszczoty sprawiają mi tak ogromną przyjemność że nie jestem w stanie panować nad swoimi ruchami. Wkrótce mężczyzna zaprzestaje powolnych pieszczot i przechodzi do rzeczy. Jest mi tak dobrze, że nawet nie wiem kiedy demolujemy salon i część kuchni. Z każdym kolejnym szczytowaniem, nasze pożądanie wzrasta ze zdwojoną siłą. Żadne z nas nie ma dosyć, co świadczy tylko i wyłącznie o tym że oboje jesteśmy bardzo spragnieni seksualnej rozkoszy. Po kilku wspólnych orgazmach, nie bez przeszkód lądujemy w sypialni. Oboje zadyszani rzucamy się na łóżko, kiedyś należące do mnie i Mike'a. Odpoczywamy chwile próbując uspokoić nasze ciężkie oddechy, po czym bez żadnych zbędnych w naszym przypadku słów, na nowo zaspokajamy swoje potrzeby.

***

"Wszystkim, czego potrzebujemy jest wiara, wiara jest wszystkim czego potrzebujemy".


Siedząc na trybunach w specjalnym oddzielonym sektorze, tylko dla grających na festiwalu, przebrana w swoją ulubioną koszulkę Linkin Park z "czasów" A Thousand Suns, oczekuje na rozpoczęcie koncertu Papa Roach. Claudia nie może usiedzieć na miejscu, tupie nogami, robi przedziwne ruchy, macha rękami na wszystkie strony świata. Śmiać mi się chce bo jakąś godzine temu, przed koncertem Green Day tak samo zachowywała się Victoria, a ja sama dobrze wiem że będę się podobnie zachowywać kiedy tylko na festiwalowym ekranie wyświetli się informacja "do występu Linkin Park zostało 20 minut." Wiem że dla niektórych to dziwne, bo niby tyle czasu znam moich idoli i powinnam być przyzwyczajona. Pewna niebieskooka dziewczyna o znajomych rysach twarzy i farbowanych na ciemny blond włosach zapytała mnie na Meet & Greet'cie o to czy przebywając z Linkinami, pracując z nimi, będąc z jednym z nich w związku i w ogóle, nie jestem przyzwyczajona do faktu że ludzie których uwielbiam, którzy są moimi idolami są cały czas obok mnie, wspierają mnie, są moimi przyjaciółmi, spełniają moje marzenia. Prosto mówiąc zapytała mnie czy przypadkiem nie jestem znudzona byciem fanką Linkin Park, skoro moich idoli mam na wyciągnięcie ręki.
Moja pierwsza reakcja była ogromnym zaskoczeniem. Zaskoczenie spowodowane było znajomością dziewczyny i jej pytaniem, które dla mnie było cholernie nieodpowiednie i obce. Potem przyszło mi na myśl że gdybym nie była sławna to pewnie wybuchłabym złością i rozszarpała ją na strzępy. No bo...jak?! Jak do cholery moge być znudzona ludźmi którzy przez lata wspierali mnie swoją muzyką, pomagali mi iść przez życie, w pewien sposób wychowali mnie, poznali jako fankę, do tego potem przyjeli mnie bez żadnych głupich precedensów do siebie, zupełnie jakbym była jedną z nich, nie zwykłą fanką, a kimś więcej...zupełnie jakbym była członkiem ich zespołu, jakby znali mnie od lat, polubili mnie choć nawet nie mieli do tego żadnych powodów, tak po prostu odkryli we mnie talent, rozwineli go, pokazali mi że zostałam obdarzona czymś wspaniałym, czymś co może utorować mi drogę życiową. W końcu...Linkini pokazali mi co to prawdziwa miłość. Najpierw pokazali mi co to miłość niespełniona, miłość którą uważa się za absurd, bo myśli się że nigdy się jej nie uskuteczni w prawdziwym życiu, miłość taka jest tylko marzeniem, można powiedzieć że ulotnym, jednak dla mnie nigdy nie była ona ulotna, bo wiedziałam że nawet jeśli nigdy Mike jej nie odwzajemni to i tak będę go kochać. Będę kochać go na swój dziwny, niewytłumaczalny sposób, całym sercem, całą sobą. To nie koniec. Linkini pokazali mi co to miłość odwzajemniona. Jakimś pięknym, nadal dla mnie niezrozumiałym cudem los chciał abym spotkała Linkinów nie tylko w surowych aczkolwiek bardzo miłych i przyjemnych warunkach Meet & Greet'u, ale i w tych jeszcze piękniejszych warunkach prywatnego spotkania w studio. Los popchnął mnie w stronę moich marzeń, marzeń w których spełnienie nigdy nie wierzyłam. Los chciał aby Mike poczuł do mnie to samo co ja do niego czułam i czuje od tylu lat. Koniec końców Mike zakochał się we mnie tak samo jak ja w nim. Wiem że dla wielu brzmi to absurdalnie, ale tak jest, tak właśnie spełniły się moje największe życiowe marzenia, tak Linkin Park się do ich spełnienia przyczyniło. Więc pytam jeszcze raz...jak do cholery jasnej mogłabym teraz nagle znudzić się ludźmi którzy tyle dla mnie zrobili, których kocham i których muzykę kocham?! Od wypowiedzenia na głos moich przemeśleń odciągnął mnie tylko fakt że znałam tą dziewczyne i mimo małej znajomości lubiłam ją. To była Scarlett, ta sama promienna Scarlett którą poznałam 17 sierpnia 2013 roku na LPU Summit'cie w Camden w stanie New Jersey. Witając ją ciepłym uśmiechem sama zostałam obdarzona z jej strony mocnym uściskiem, który tym bardziej utwierdził mnie w przekonaniu że dziewczyna nie miała na myśli niczego złego zadając mi takie pytanie. Z pełnym spokojem, wyczerpująco odpowiedziałam, a ona z ogromnym uśmiechem nieschodzącym z jej twarzy od czasu mojej odpowiedzi oznajmiła że cieszy się że spełniłam swoje marzenia.

"Kocham cię, nie masz nic przeciwko?"

Schodząc na backstage po końcowym koncercie zagranym przez LP, jestem tak nieogarnięta emocjonalnie że nie wiem co robie. Miotam się jak dzika i zachowuję jak zawsze po każdym przeżytym koncercie, jednak standardowo po ich koncercie miotam się tysiąc razy tak jak po koncercie kogokolwiek innego. Przy schodach prowadzących z trybun na tył sceny czeka na mnie Mike i na samym wstępie przyjmuje ode mnie uścisk tak mocny, że aż dziwne że nie jęczy z bólu. Jako że mam nieograniczony dostęp do garderoby Linkinów zabieram się z Mike'iem, a w owej garderobie ściskam resztę LP, wszystkich po kolei równie mocno jak Mike'a. Oczywiście płaczę tak więc Linkini jak najszybciej chcąc abym przestała uspokajają mnie i rozśmieszają co potęguje mój wspaniały nastrój spowodowany dzisiejszym dniem, który na pewno zapadnie w mojej pamięci jako jeden z najlepszych dni w moim życiu. Wychodząc z garderoby chłopaków, zamyślona mam zamiar udać się do mojej garderoby w celu spakowania rzeczy i jazdy do hotelu, jednak po drodze zatrzymuje mnie bardzo miły chłopak o uroczym uśmiechu. Błądząc w czeluściach moich myśli i układając plan spakowania torby, uwzględniający jej dopięcie i nie urwanie przy tym zamka, nie słyszę jego wołania. Z zamyślenia wyrywa mnie dopiero jego ręka zatrzymująca mnie przed wpadnięciem na niego i tatuaż na jego przedramieniu. Rok 1975, który przypomina mi o plakacie pewnego brytyjskiego zespołu, który widziałam wczoraj po przylocie do Londynu w centrum miasta. Zespołu który znam z kilku świetnych piosenek usłyszanych w radiu i na MTV. Od razu przed oczami stanoł mi charakterystyczny, charyzmatyczny i przy okazji bardzo przystojny wokalista owego zespołu, zespołu The 1975. Podniosłam wzrok zaszokowana dość drastycznym i szybkim rozwojem sytuacji, która gdyby nie stojący przede mną mężczyzna mogłaby być dla mnie i niego niebezpieczna. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, kiedy skierowałam wzrok na jego twarz, rozpoznałam w nim postać właśnie wokalisty. Tak, tego wokalisty, wokalisty The 1975. Jego poważny wyraz twarzy, świadczący o tym że go też cała sytuacja zaszokowała, zaraz zastąpił uroczy (tak, wiem, to już było) uśmiech, który nie wiedzieć czemu, doprowadził mnie troszkę do palpitacji serca. Zaraz, zaraz...Cosgrove, kurwa uspokój swoje emocje. Jego dłonie przytrzymały moje ramiona i pomogły mi wstać po małym upadku jaki oczywiście musiałam zaliczyć. Kto inny jak nie ja mógł się znaleźć w takiej sytuacji. No nikt no. Od razu zwróciłam uwagę na posturę wokalisty. Szczupły, może nawet chudy, przy tym męski. Hm, tak jak lubię. Długie jak na faceta włosy, wygolone po bokach ma związane w kok. Czarne, obcisłe spodnie, biała koszulka i czarna marynarka z podwiniętymi rękawami nadają mu seksapilu. Boże...jakkolwiek ma na imię i na nazwisko, jest cholernie pociągający. Jezu, Cosgrove! Co z tobą do cholery się dzieje?! Masz słabość, jeszcze z liceum do takich właśnie chłopaków i facetów, dlatego z resztą kiedyś podobał Ci się Conor, ale no bez przesady! - opieprzam się w myślach. Chwilowy brak umysłowej wierności Mike'owi, straszliwie mnie irytuje, jednak nadal trochę zauroczona, stojącą przede mną osobą, nie daję nic po sobie poznać.Mężczyzna odzywa się pierwszy:
- Nic Ci nie jest? - Boże, jego głos i akcent prosto z Manchesteru - tak mi się wydaje - jest tak rozkoszny...
- Nie, mi nic. A tobie? Nic Ci nie zrobiłam? - pytam, czując rozlewający się po mojej twarzy rumieniec. Chłopak znów lekko się uśmiecha.
- Nie, spokojnie - odpowiada, wyraźnie rozbawiony zaistniałą sytuacją - Nie wiem czy mnie kojarzysz, nazywam się Matthew Healy.
- Tak, znam cię, jesteś wokalistą świetnego zespołu - odpowiadam z uśmiechem, który ewidentnie jest znacznie szerszy niż powienien być.
- Dziękuje - odpowiada z rozkoszną satysfakcją, nadal nie wypuszczając moich ramion, a potem dłoni z rąk, co bardzo mnie rozprasza. W tym momencie zauważam ogniki błyskające w jego oczach.
- Nie ma za co. Serio, nie słuchałam niestety waszej płyty - skruszam się wyraźnie - ale słyszałam nie raz wasze single i stwierdzam że są świetne. Zwłaszcza Chocolate i Girls.
- Bardzo się z tego faktu cieszę.
- Hm, tak - mamrotam zakłopotana - ja jestem Miranda, Miranda Cosgrove - uśmiecham się - i dziękuje Ci za uratowanie mnie przed upadkiem stulecia.
- Wyobraź sobie że wiem - śmieje się znów - i nie ma za co - jego śmiech przyprawia mnie kolejny raz o palpitacje serca. Boże, zaraz...Cosgrove co się z tobą cholera dzieje?! Uspokój się idiotko!
- Tak - mamroczę jeszcze bardziej nie wyraźnie niż przed tem, uświadamiając sobie że ostatni raz czułam coś takiego jak w tej chwili, kiedy zauroczyłam się Mike'iem. Mój Boże...nie, umrę zaraz...
- Wiesz, w prawdzie wpadłem na twój koncert, bo bardzo podoba mi się twoja płyta, ty i twój image - w tym momencie mam zawał - więc stwierdziłem, dlaczego by nie pociągnąć za pewne sznureczki - czy on mnie kokietuje?! - i wpaść do Ciebie na backstage, poznać się, porozmawiać i w ogóle.
- No tak, przepraszam...nadal zapominam o tym że jestem trochę sławniejsza niż przed tem - śmieje się przeczesując palcami wyciągniętej z uścisku Matthew ręki, zmierzwione kosmyki włosów.
- Spokojnie, przyzwyczaisz się, daj sobie na to czas - z jego twarzy nagle schodzi uśmiech. W tym momencie z pomieszczenia opatrzonego napisem "Linkin Park" wychodzi Mike, a jego mina kiedy nas zauważa nie zwiastuje nic dobrego. Wyciągam dłonie z uścisku mężczyzny i szybko cofam się o krok do tyłu, aby zwiększyć dystans między nami. Boże, umrę dzisiaj...nie, lepiej...sama się zabije. Strzelę sobie w głowę, albo utopie się w kiblu. Nie, to zbyt nie higieniczne. Utopie się w umywalce, tak, to świetny pomysł. Mike podchodzi do nas z grobową miną i zaznaczając "swój teren i swoją własność" obejmuje mnie kurczowo w pasie i przyciska do siebie tak mocno że mam wrażenie że zaraz sam mnie udusi gołymi rękami.
- Przepraszam za tą niezręczną sytuację - mówi z poważną miną i pierwszy wyciąga ręke - jestem Matthew Healy, wokalista zepołu The 1975. Przyszedłem poznać Mirandę, bo jest świetną wokalistką i artystką - minę ma poważną, ale w jego oczach błyska jakby iskierka zadowolenia i satysfakcji z zaistniałej sytuacji.
- Ja jestem Mike Shinoda i spieprzaj z tąd zanim sam cię wykopie - Jezu, jak dobrze że to tylko moja wyobraźnia. Tak na prawde Mike jakby nigdy nic niby normalnym, ale wyraźnie wkurzonym tonem odpowiada - tak, kojarzę. Jestem Mike Shinoda - odwzajemnia uścisk dłoni, ale bez entuzjazmu, który mimo wszystko delikatnie maluje się na też poważnej twarzy Matthew.
- Wiem, Linkin Park to na prawdę zajebisty zespół. Będę uciekał - stwierdza delikatnie skołowany pod wpływem zachowania Mike'a - jutro wpadnę na koncert do O2, mam nadzieję że nie powiesz ochronie żeby mnie wyrzucili - puszcza mi oczko, co na bank doprowadza Mike'a do szału - do zobaczenia - uśmiecha się i idzie w stronę drzwi prowadzących na tyły stadionu. Wychodzi, a ja czuję niezmierną ulgę z faktu że już go tu nie ma. Mike chwyta moją dłoń i ciągnie mnie za sobą do pokoju dla techników, który w tej chwili na bank jest pusty, bo wszyscy technicy zwijają sprzęt ze sceny głównej, sceny rewolucji i sceny Londyńskiej, umiejscowionej na błoniach stadionu. Przed tem widziałam Mike'a w takim stanie tylko raz. Wtedy kiedy pobił się z Dominic'iem. Tylko wtedy widziałam go tak wściekłego. Otwiera drzwi do pokoju techników z takim impetem że o mało co wywaliłby je z zawiasami. Wprowadza mnie do środka i zamyka drzwi trzaśnięciem. Aha, masz przesrane Cosgrove, na prawdę masz przesrane.
- Widzę że już jesteście na ty! - mówi opanowanym, aczkolwiek podniesionym tonem, a jego wściekły wzrok przebija mnie na wylot jak sztylet. Aż czuje ukłucie w sercu.
- Mike to nie tak... - próbuje się bronić, ale wiem że nic nie usprawiedliwi tego zauroczenia, transu w jaki wpadłam patrząc w oczy młodszego na bank o 10 lat od Mike'a mężczyzny, tak przystojnego że spokojnie upewniam się że moja podświadomość i wewnętrzny system wartości pokruszył się na kawałki pod wpływem jego wzroku, głosu i dotyku, zupełnie jak pod wpływem Mike'a. Boże, jestem taką idiotką, skończoną debilką. Co ja do cholery robię, kocham Mike'a i zauroczam się innym. Jezu...
- Nie tak? Skoro to nie tak to wytłumacz mi jak do cholery przytulałaś się z gościem którego znałaś od 5 minut?
- Nie przytulałam się. Mógłbyś nie wyolbrzymiać bo zachowujesz się jak baba?
- Oczywiście że zachowuje się jak baba. Pewnie, zawsze to ja jestem tym co ma zwidy, tym co pieprzy od rzeczy, tym co niby nic takiego nie widział, a jednak bam - w tym momencie zamachuje się, zrzucając ze stołu worek z plastikowymi kubkami.
- Szłam sobie po prostu zamyślona korytarzem i wpadłam na niego. O mało co bym się posiniaczyła, ale on mnie uratował i przy okazji rozmawialiśmy.
- Wow, nie wiedziałem że rozmowa obejmuje czułości i zauroczenie level hard!
- Zauroczenie? Chyba popieprzyło cię już z zazdrości. Zauroczenie? Boże, upadłeś na głowę czy co?! - próbuje sama siebie oszukać.
- Możliwe że upadłem na głowę, ale mam oczy i widzę pewne rzeczy!
- No i dobrze że widzisz! Świetnie że widzisz, może powinieneś w ogóle przestać nosić soczewki skoro tak zajebiście widzisz?! - mówię z impetem otwierając drzwi, wychodząc na korytarz wściekła jak osa i trzaskając nimi równie mocno jak Mike trzasnął nimi wcześniej. Nie będzie dzisiaj słodkiego wieczorku w hotelu, nie ma opcji.

***

Leżąc w łóżku żadne z nas nie podejmuje rozmowy. Trudno jest zacząć jakiś sensowny temat po wydarzeniu które nie było planowane, zwłaszcza jeśli chodzi o seks. Mimo skrępowania jakie czuje, atmosfera ciszy panująca w tym momencie w sypialni nie jest napięta. Czuć w niej wyluzowanie i ogólne zadowolenie płynące i ze strony mojej i Dominika. Nagle on zaczyna:
- Wiesz? Nie obraź się ale od początku naszej znajomości zastanawiałem się jaka jesteś w te klocki - spogląda na mnie z dziwnym uśmiechem.
- Niech zgadnę. W końcu przestałeś się zastanawiać? - pytam niby to sarkastycznie spoglądając na niego jednym okiem.
- Tak, bo po raz kolejny w życiu przekonałem się że cicha woda brzegi rwie.
- Tsaa? Co ty nie powiesz? - uśmiecham się pół gębkiem.
- Serio no. Nie bądź chamska, mówie jak jest - uśmiecha się, tym razem nawet uroczo.
- Nie jestem chamska tylko po prostu zdaję sobie sprawe z błedu jaki popełniliśmy i z tego jakie może mieć on skutki - odpowiadam z zastanowieniem.
- Błędy są po to żeby je popełniać - mówi jakby nigdy nic.
- Oj przestań - odpowiadam z irytacją - mam nadzieję że wiesz że to już nigdy nie powinno się powtórzyć. Poza tym oboje zrobiliśmy to tylko po to aby się zaspokoić.
- No właśnie. Skoro jak sama mówisz - oboje zrobiliśmy to aby się zaspokoić - to dlaczego niby nie możemy robić tego dalej? Jeśli tylko będziemy uważać nie narobimy sobie żadnych problemów - zaczyna całować moje ramie, a w przerwach dokańcza - a przy okazji oboje zaspokoimy swoje potrzeby.
- Tak, ale...
- Nie skończyłem! - przerywa mi - nie muszę chyba mówić że obu nam było ze sobą dobrze albo nawet bardzo dobrze, tak więc skoro już to zaczeliśmy to nie przerywajmy tego. Róbmy to dalej, częściej, kiedy tylko będziemy mieli na to oboje ochotę. Wiesz dobrze że kiedy człowiek jest zaspokojony lepiej mu się myśli, ma trzeźwieszy umysł i tak dalej - kończy robiąc znaczącą mine.
- Cholera tak, tak masz racje, ale co jak ktoś nas przyłapie?!
- Nikt nas nie przyłapie! Przecież zawsze spotykamy się jak nie ma twoich dzieci, nikt poza tobą i mną nie ma kluczy do tego domu, tak więc w czym problem?
- W sumie w niczym - mówię troche przekonana - w końcu to tylko niewinny seks.
- No właśnie, w końcu zaczynasz myśleć tak jak ja - odpowiada zadowolony.
- Tylko pamiętaj! Wszystko jest bez uczuciowe! Rozumiesz? - mówie stanowczo.
- Oczywiście że tak Pani Shinoda! A może Hillinger?
- Wole Shinoda.
- No tak. Mike musi gościć wszędzie - odpowiada jakby z delikatną irytacją.
- No to po co się pytasz, skoro nie lubisz tego nazwiska?
- Nazwiska nie lubię, nie lubię tez Pana Shinody, co wcale nie oznacza że nie mogę polubić Pani Shinody - mówi zjeżdżając pocałunkami przez dekolt na brzuch.
- Dominik czekaj!
- Co? - pyta rozczarowany odrywając się ode mnie.
- Musze Ci powiedzieć jedną rzecz o której nie wiesz.
- Jaką? - zaciekawiony układa się z powrotem na poduszce obok.
- Pamiętasz jak na samym początku zapytałeś się mnie czy kiedykolwiek zdradziłam Mike'a, a ja odpowiedziałam że nie? - mówię beznamiętnie z zamyśleniem patrząc w sufit.
- Pewnie że pamiętam. O co chodzi? - czuje jego zaciekawiony wzrok.
- Kłamałam - odpowiadam krótko.
- Konkretniej?
- W czasie naszego małżeństwa zdradziłam Mike'a jeden raz - oddycham ciężko - i zrobiłam to zupełnie świadomie.
- Nie że coś, ale...znasz zasady. Mamy być do siebie zupełnie szczerzy bo jak nie będziemy to nici z naszych planów.
- Wiem, przepraszam. Ja po prostu... - zacinam się nie wiedząc co tak na prawde zatrzymywało mnie przed powiedzeniem o tym.
- Dobrze, nie tłumacz się. Ważne że w ogóle o tym powiedziałaś - uśmiecha się do mnie niewesoło - no i ważne żeby to się nie wydało - mówi już mniej wesoło, kończąc tym samym naszą rozmowe.


***

- Przykro mi ale musisz być przyzwyczajona do tego że jak jesteśmy wszyscy razem, no wiesz...wszyscy rockmani do kupy wzięci to odwala nam trochę bardziej niż normalnie - śmieje się Frank Iero z My Chemical Romance - jesteś ogarnięta więc to rozumiesz - puszcza mi oczko, a ja przytakuje również się śmiejąc.
- Nie chce nic mówić ale... - odzywa się starszy Leto - Jacoby i Billy Joe chodzą w kółko i gadają że się cieszą bo straciliście koncertowe dziewictwo - po wypowiedzeniu tego zdania jakby nigdy nic wybucha śmiechem, a ja spoglądam na niego sarkastycznie i udaje że jestem poważna.
- Pff...oni zawsze tak gadają - wtrąca na szczęście nie obserwujący mnie już od kilku tygodni Jared - taki ich sposób na wyluzowanie atmosfery.
- Odezwał się chodzący znawca. Pan luźny jak to mówią - dodaje Tomo przez śmiech.
- Jezu, jak to zabrzmiało - Chester standardowo tylko o jednym.
- I w tym momencie się zdradziłeś, jak nic ty zboczeńcu - wokalista My Chemical Romance patrzy się na niego oskarżycielskim spojrzeniem, a Bennington niby poirytowany, puszy się, zakłada ręce na piersi i jak to on śmieje się pod nosem.
- Weź się nie śmiej Chaz bo mi aurę zakłócasz - odzywa się zupełnie poważny Joe/Remy.
- Błagam Cię Joe! Ty nie masz aury...masz tylko teoretycznie ładny, gruby tyłek który teoretycznie bardzo dobrze wyglądałby w Up In The Air - to ostatnie Shannon mówi z tak grobową miną, że gdyby nie były to żarty to przeszły by mnie ciarki.
- Nie zapominajcie że w przypadku tylniej części ciała drogiego Hahn'a, kluczem do sukcesu jest hulahop - niby poważnie dodaje Jay-Z jednak widać że ledwo utrzymuje swoją powagę żeby tylko się nie roześmiać.
- Jak myślisz Jared, macie jeszcze gdzieś na zbyciu jakiś hulahop? - odzywa się Beyonce.
- Żeby tylko jeden - śmieje się Jared, a reszta oprócz Joe razem z nim.
- Pff błagam...co ja tu w ogóle robie. Lekceważycie piękną i pociągającą seksualność przewspaniałego tyłka Mr. Hahn'a - znów zamiast Joe, odzywa się Remy, po czym wstaje i idąc po coś dodaje - zobaczycie że jeszcze sama Dita von Teese weźmie mnie zaangażuje do jakiejś burleski - widać że na koniec się uśmiecha, co zwiastuje powrót Joe, ale i tak wychodzi z sali hotelowej i jakby nigdy nic, z nudów drze się na korytarzu - SHINODA! MIKE! SHINODA! SHINODA! SPIKE! GLUE! MINODA! SHINOOOOODAAAA! - ostatnie wydłuża, chcąc zaakcentować swoje pragnienie dowołania siedzącego obok mnie Mike'a, który w końcu się ogarnął, ale i tak ma humor jak na pogrzebie. Ja z resztą gdyby nie Ci idioci też bym taki miała.
- On serio nie jest normalny - mówi Mike strzelając facepalm'a, a reszta reaguje dokładnie tak jakby chcieli powiedzieć to samo.
Przyzwyczajeni do dziwnych zachowań Hahn'a, wszyscy rozmawiamy i bawimy się dalej. Oczywiście ja nie odzywam się do Mike'a, specjalnie, niech wie że zjebał po całości. Nie długo potem Beyonce, Jennette, Rihanna, Ann, Gabi i Vicki dyskretnie wyciągają mnie z towarzystwa i razem urywamy się na "pogaduszki" do pokoju Riri.
Kiedy tak rozmawiamy, co poniekąd pozwala się lepiej poznać Ann, Gabrielowi i Vicki z resztą, nawet nie spostrzegam się kiedy Rihanna otwarcie i szczerze zadaje mi pytanie którego z jej ust bym się w ogóle nie spodziewała, biorąc pod uwagę że uważa ona związek mój i Mike'a za jeden z najpiękniejszych związków z jakimi miała w życiu doczynienia.
- Czekaj, co? - pytam zaszokowana.
- Przepraszam że w ogóle się Ciebie o to pytam, bo nie powinnam zadawać Tobie takich pytań, zwłaszcza że tak jak wszyscy z nas wiem ze kochasz Mike'a i w ogóle ale - przerywa - odniosłam takie wrażenie, może się myle albo może robisz to zupełnie nieświadomie...- znów przerywa, tak jakby myślała nad wypowiadanymi słowami - ale...czy Tobie przypadkiem mimo miłości do Mike'a nie podoba się ktoś? Wiesz, ktoś poza nim? - dziwi mnie zakłopotanie Riri, którego dotychczas nie miałam okazji widzieć na jej twarzy ani razu.
- Podoba? Ale kto miałby mi się niby podobać? - dopytuję ze zdumieniem i czekam na odpowiedź. Boże, moża ona dzisiaj widziała mnie z Matt'em na tym korytarzu. Jezu, na samą myśl o nim przechodzą mnie miłe ciarki. Czuje jeszcze jego dotyk na ramionach i dłoniach. Jezu, co...
- Jeju no...powiem prosto żeby tego nie utrudniać. Nie chodzi mi broń Boże o to że nie jesteś szczera wobec Mike'a czy coś w tym stylu, ale no nie podoba Ci się przypadkiem Jared? - wymawiając ostatnie słowa, bacznie mi się przygląda, a reszta idąc za jej przykładem robi to z podobną dokładnością. W pierszym momencie jestem kompletnie zamurowana jej pytaniem. Nie mam pojęcia skąd w ogóle u niej taki pomysł, skąd wysnuła coś aby zapytać mnie akurat o to.
- No bo czasami masz tak że kochasz jednego faceta, a podoba Ci się drugi. Nie mam tu nic złego na myśli, ale no wiesz, po prostu twierdzisz że ten facet jest przystojny i że gdyby nie to że kochasz już tego jedynego, to mogłabyś się w nim zakochać... - dalej tłumaczy, a ja w końcu wyduszam z siebie jakieś słowa, dziękując w duszy że Riri pyta się o kogoś poza podejrzeniem, nie o Matt'a.
- Wiem, wiem o co Ci chodzi. Rozumiem Cię dobrze tylko że... - przerywam na moment aby zebrać myśli - skąd w ogóle u Ciebie taki pomysł? - pytam z ciekawością.
- Tak po prostu pytam.
- Ehh no owszem...uważam że Jared jest przystojnym mężczyzną tak? Z resztą chyba wszyscy tak uważamy - spoglądam po ich twarzach pytająco, a z ich min wyczytuje potwierdzenie - podoba mi się tak jak wielu kobietom, ale nie sądze bym była w stanie coś do niego czuć. Nawet gdybym nie była z Mike'iem to chyba i tak postrzegałabym go za bliskiego kolegę, może przyjaciela...nic poza tym - kończę.
- A ok. Rozumiem - uśmiecha się Riri.
- Nie chce nic mówić, ale robi się trochę późno, a jutro mamy kolejne koncerty - z lekkim zastanowieniem upomina nas Beyonce.
- No tak. Pora się zbierać - staram się powiedzieć to jak najpromienniej, a Anna, Gabi i Vicki mi przytakują - dziękuję Wam za zaproszenie i w ogóle za wszystko - uśmiecham się, a przyjaciele idą w moje ślady. Zostawiamy Riri żegnając się z nią, a sami udajemy się do swoich pokojów, życząc sobie dobrej nocy. Idąc do pokoju mojego i Mike'a, cały czas myślę co Rihanna mogła mieć na myśli zadając mi owe pytanie. Przy okazji myślę też o dzisiejszej kłótni z Mike'iem. Jakoś nie chce mi się wierzyć że zapytała mnie o to po prostu z ciekawości. Muszę podpytać się Bey i Jennette o co mogło chodzić. Mimo wszystko one znają Riri trochę lepiej i dłużej niż ja i mogą kapować co ta miała na myśli. Przed pójściem do pokoju hotelowego decyduję się pójść jeszcze do sali by pożegnać się z tymi którzy jeszcze tam zostali, no i żeby sprawdzić czy nie ma tam przypadkiem Mike'a. Jak na ironię losu w sali zastaję tylko Jared'a zapatrzonego w swojego iPhone'a. Jakoś nie mam ochoty mu przeszkadzać, ale mimo to wchodzę do sali i siadam na przeciwko niego. Ten od razu podnosi wzrok i uśmiechając się do mnie dość...hmm czarująco, pyta:
- Ty? tutaj? o tej porze? Myślałem że już dawno śpisz, tak jak zapewne większość.
- Wiesz to raczej ja powinnam się Ciebie zapytać co tutaj robisz o tej porze, ale ok...przyznaje, zagadałam się i tak jakoś wyszło że wpadłam tutaj w drodze powrotnej z pokoju Riri - uśmiecham się.
- A no całkiem normalna rzecz, zdarza się - dalej się śmieje - może soku?
- Z chęcią, poproszę.
Kiedy Jared stawia przede mną szklankę z pomarańczową cieczą, cały czas myślę o pytaniu zadanym mi przez Rihannę i nawet nie słyszę co mój towarzysz do mnie mówi.
- Po twoim zachowaniu stwierdzam że nie chce Ci się spać bo o czymś myślisz. Prawdopodobnie o czymś związanym z koncertem, muzyką, Mike'iem, Linkin Park albo rodziną. Może o dzisiejszej kłótni? Zgadłem? - pyta popijając łyk soku i nadal trzymając swoją twarz w tym dziwnie uroczym uśmiechu, który sama nie wiem dlaczego jakoś tak od zawsze po prostu przyciąga moją uwagę.
- Jakiej kłótni? - wybucham jak bomba - Nie chce mi się spać bo zaprzątam sobie myśli koncertem, muzyką i w ogóle - kłamię, bo przecież nie powiem mu że to prawda że się pokłóciliśmy.
- Chyba po prostu zawsze tak już jest że kiedy grasz pierwszy koncert od dawna, albo po prostu pierwszy koncert w życiu, to potem myślisz i myślisz o następnych koncertach i w ogóle o wszystkim. Zastanawiasz się jak wypadłeś, czy fani byli zadowoleni i tak dalej. Co do kłótni...powiedzmy że nie chcący ją słyszałem - skrusza się zupełnie jak małolat.
- Skoro tak mówisz to chyba tak jest - śmieje się - co do kłótni...to nie ważne, przejdzie mu - mówie z pewnością, ale też irytacją spowodowaną zachowaniem Mike'a, ale i moim wobec Matthew. Jared wyraźnie wyczuwa że dalej nie ma co kontynuować rozmowy o kłótni i zaczyna mówić o muzyce. Rozmawiamy tak o wszystkim i o niczym przez około godzinę, po czym oboje stwierdzamy że wypada już pójść spać i razem idziemy do naszych pokoi. Kiedy Jared odprowadza mnie do pokoju, zza drzwi wyłania się zaspany Mike. Widząc nas razem nie ma zbyt szczęśliwej miny. Owszem, lubi Jared'a i uważa go za bliskiego kumpla, jednak jak to on, jest o mnie zazdrosny, zwłaszcza w towarzystwie młodszego Leto. Wiem że Mike ma do mnie zaufanie i wie że uważam Jared'a tylko za dobrego kolegę, a to że jest o mnie zazdrosny pokazał dzisiaj, aż za bardzo, aż mi się ulewa. Fakt jego wzmorzonej zazdrości wobec Jared'a rozumiem, przez fakt dziwnego zachowania Leto w niektórych sytuacjach. W sumie zazdrość o sytuacje z Matthew też rozumiem, ale już nie ważne. Oboje żegnamy się z Jared'em i wchodzimy do naszych pokoi. Po wejściu ostentacyjnie omijam Mike'a szerokim krokiem i od razu udaje się do łazienki, zamykając jej drzwi na klucz. Nie chcę go dzisiaj już widzieć. Wystarczająco mnie wkurzył. Zmywam makijaż, biorę prysznic i rozmyślam nad Matthew. Przypominam sobie całe zajście i odtwarzam jego przebieg w głowie z 10 razy. Nadal nie mogę wyzbyć się tych przyjemnych ciarek podczas jego dotyku i ogólnie całego zauroczenia jego osobą. To straszne, wiem. Mam faceta marzeń i śmię jarać się drugim, młodszym, przystojniejszym...nie...Miranda nie powiedziałaś tego. Ty kurwa wcale tego nie powiedziałaś! - krzyczę na siebie w myślach. Boże...nie chcę już o tym myśleć. Chce wymazać to z głowy. Idę spać. Jako że po otwarciu drzwi od łazienki widzę że Mike śpi w jednym dwuosobowym łóżku idę sprawdzić czy za odsuwanymi, szklanymi drzwiami znajduje się drugie dwuosobowe łóżko, którego według umowy miało nie być, ale na szczęście recepcja się nie posłuchała. Muszę odpocząć od Mike'a, potrzebuję tego po dzisiejszej kłótni. Po prostu muszę odsapnąć, nie czuć jego bliskości, pocałunków, nic nie czuć. Koniec. Kładę się spać, ale nie mogę zasnąć. Biorę mój telefon, wchodzę na Spotify i nie wiedzieć czemu instynktownie wpisuję The 1975. Słucham całej płyty, słucham bo jest świetna, głos Matthew jest świetny. Słuchając po raz 10 Robbers, zasypiam ze słuchawkami na uszach. Tej nocy śni mi się tylko on. Cholera wie dlaczego, cholera wie po co. Ale tylko on, Matthew Healy.


Wykorzystane fragmenty: Flyleaf - Again, Papa Roach - Last Resort, Rihanna - Disturbia.
Cytaty: 30 Seconds To Mars - Do or Die, Closer To The Edge (Teledysk), End Of All Days, The 1975 - Me.




 Na koniec musiałam dać tego gifa <3 I tak moi drodzy, to jest reklama, żywa reklama xD Serio, polecam wam z całego serca zespół The 1975, nie tylko po to abyście zapoznali się z ważnym dla tego opowiadania bohaterem, ale dlatego że jest to na prawdę świetny zespół, który powoli skrada i pochłania moje serce w całości, a w Polsce mimo rzeszy fanów jest on mało sławny :( Dodam że nie dalej, jak w poniedziałek byłam na koncercie owego The 1975 w Palladium w Warszawie i powiem tylko że nie dość że był to jeden z najlepszych koncertów w moim życiu, to jeszcze do tego szłam na niego z nastawieniem "Zespół jest ok, pójdę, ale dupy nie urywa", a wyszłam z fangirlingiem level hard, załzawionymi oczami i oczywiście masą pomysłów, kim ma być Matt w moim opowiadaniu ;p Teraz już serio, dobranoc :)