poniedziałek, 15 października 2012

Leave Out All The Rest Part 6.


Buuum !!! I o to jest wyczekiwane LOATR Part 6 ;) W sumie nic takiego super konkretnego się nie dzieję w tym rozdziale i mam wrażenie że poprzedniego nie przebije, ale mimo to mi się podoba i mam nadzieję że Wam też się spodoba :) Trochę przesłodziłam to wszystko...aż rzygam tęczą xD Ale myślę że trochę słodyczy nikomu chyba nie zaszkodzi ;p

Korzystając z okazji, co prawda bez wiedzy autorki ale co tam xD polecam Wam blog który pewnie i tak większość zna ;) http://the-body-bends-until-it-breaks.blogspot.com/  :D Naprawdę bardzo fajne opowiadanie ;D Przy okazji chciałabym też poprosić żebyście, jak oczywiście posiadacie, podawały/li w komentarzach swoje loginy na Twitterze, abym mogła Wam odpisywać na komentarze, bo naprawdę chcę to zrobić, a blogger niestety wygrywa ze mną walkę o moje własne komentarze xD No nic...kończę już tą gadaninę i zapraszam do czytania oraz komentowania :) Jak zawsze za Wszystkie komentarze bardzo, bardzo Wam dziękuję ;) Cassandra ;p

Dwa dni później.

Budzi mnie budzik w moim telefonie. Jest godzina 8:30, 29 sierpnia 2012. O mój Boże. To dzisiaj ! O 12:00 mam być pod Warner Brosem. Wyskakuję z łóżka jak oparzona i lecę do łazienki. Biorę krótką, ale za to aromatyczną i napełniającą mnie jeszcze lepszym (mimo, iż myślałam, że lepszego się nie da mieć) nastrojem kąpiel. Wcieram w całe ciało swój ulubiony balsam, po czym suszę włosy, myję zęby i ubieram się tak jak najbardziej lubię: obcisłe, czarne rurki, biała koszulka na naramkach, moja ulubiona ciemno-niebieska, sportowa marynarka i trampki w tym samym kolorze i odcieniu. Do tego duży, kwadratowy zegarek z czarnym, skórzanym paskiem na lewą, i kilka rzemyków na prawą rękę. Na szyję jeden z moich ulubionych nieśmiertelników, kolczyki-kulki w kolorze marynarki i trampek oraz moje ukochane srebrne pierścionki, z którymi nigdy się nie rozstaję: jeden na serdecznym palcu prawej ręki, drugi, szeroki na kciuku również prawej ręki, a trzeci, cienki na środkowym palcu lewej ręki. Delikatny makijaż, rzęsy, trochę czarnego i szarego cienia aby zrobić tzw. smookie eyes, delikatna i bardzo cieniutka kreska eyeliner'em, podkład i bezbarwny błyszczyk. No, no. Nie żebym się chwaliła czy coś, ale nawet niezła ze mnie laska. Cały ubiór dobrze komponuję się z makijażem i biżuterią, a prawie niewidoczny, okrągły kolczyk w nosie nawet dodaje mi uroku. Na koniec spryskuję szyję swoimi ulubionymi, delikatnymi a zarazem bardzo kobiecymi perfumami. Jestem gotowa. Na zegarku jest godzina 10:30. Nie chce mi się iść na pociąg pieszo, a samochodu nikt mi nie pożyczy. Dzwonię po taksówkę. A co mi tam.
- Taksówka będzie po panią za około 40 minut - odpowiada mile dyspozytorka.
Teraz pozostaje mi czekać.

                                                               ***

Dokładnie o 11:50 jestem już pod wytwórnią i czekam z zapartym tchem. Przedtem nie pomyślałam o tym, że będę się denerwować, ale teraz uświadomiłam sobie, że jestem zdenerwowana co najmniej jak przed pierwszą randką. Cała się trzęsę i stojąc w miejscu nerwowo przebieram nogami. Boże, Cosgrove ogarnij się ! Przecież to tylko Linkin Park i tylko Mike. O kurwa ! Nie to nie jest tylko Linkin Park i tylko Mike. To jest aż Linkin Park i aż Mike. Jeju, nie wyrobię ! Normalnie gdybym była tak zdenerwowana - strzeliłabym sobie lufę na odwagę i mimo iż na co dzień nie palę ani nie piję, zapaliła papierosa, albo po prostu zamknęła się w pokoju i włączyła muzykę na maxa, tak, że na pewno droga Pani Barrywhite przyszła by oburzona i z pretensjami że jej drogocenne, ręcznie rzeźbione w Kenii ramy od okien i jakże drogocenny żyrandol z kryształów zaraz odpadną czy coś... Ale to nie jest normalna sytuacja. To jest zajebiście ważna sytuacja, którą, umówmy się szczerze, ma okazję przeżyć rzadko który fan. Jest zaledwie 11:52, a ja czuję się jakbym stała tutaj co najmniej 24 godziny. Nagle na podjazd przed wytwórnią wjeżdża biały, hybrydowy Lexus CT 200h, a z jego wnętrza ukazuje się wołający mnie Rob. W pierwszym momencie nie zwracam uwagi na postać w środku, tylko na samochód. Nie jestem żadną blacharą, ale uwielbiam samochody i motory. To moja trzecia wielka pasja po muzyce i grafice. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się temu cacku kapuję, że osoba, która wysiadła z samochodu to Rob i że aktualnie idzie w moją stronę. Wgapiam się w niego jak w obraz, kiedy podchodzi i machając mi ręką przed oczami pyta czy wszystko ok.
- Tttak... - ledwo wyduszam z siebie, widząc rozbawienie w jego oczach.
- Spokojnie, wiem, że wielu fanów muruję na nasz widok, ale Ciebie chyba nie musi ! Nie denerwuj się, przecież jesteśmy normalnymi facetami - nie zjemy Cię, ani nic z tych rzeczy - uspokaja mnie nadal rozbawiony perkusista.
Rzucam się na niego i przytulam z całej siły, po czym delikatnie zażenowana odpowiadam:
- yyyyymm, no wiem, że nic mi nie zrobicie, ale emocje są silniejsze. A tak w ogóle to przepraszam, ale musiałam to zrobić - teraz to ja nie kryję swojego rozbawienia.
- Ahh ok ok, rozumiem - odpowiada nadal rozbawiony, a zarazem zdziwiony Rob.
- Trochę Cię to zszokowalo, wiem, to widać. Przepraszam, ale ja już taka jestem, a zwłaszcza jak widzę Was, to mam ochotę rzucić się i każdego po kolei ściskać dopóki ręce mi nie odpadną.
- Dobrze, rozumiem, spokojnie, nie musisz się tłumaczyć - odpowiada nie mogąc opanować śmiechu.
W tym momencie oboje zauważamy, że za pięknym Lexusem Rob'a, stoi równie piękny, srebrny, hybrydowy Chevrolet Volt z którego wyłania się Brad.
- Rob popaprańcu ! Wiem że lubisz romansować z Panią w okienku i nie tylko, ale czy mógłbyś kiedyś nie blokować tego zasranego podjazdu, bo naprawdę wjadę Ci w końcu w dupę i nie będę miał żadnych skrupułów ! - niezbyt wyraźnie i z irytacją wykrzykuje Brad, a kiedy tylko zauważa mnie - ogarnia się i miłym tonem krzyczy dość głośno - Cześć Miranda !
- Yhymm, cześć ! - odpowiadam śmiejąc się, kiedy już jesteśmy z Rob'em w miarę blisko gitarzysty, a ten krzycząc do mnie bym się odsunęła, wyjmuje z samochodu pustą butelkę po Coca Coli i rzuca nią w Rob'a.
- Nie romansuję z żadną Panią z okienka, tylko wyszedłem po Mirandę bo nie słyszała jak ją stąd wołałem - z oburzeniem odpowiada Rob, podnosząc ową butelkę i wrzucając ją z powrotem do samochodu Brad'a.
- Tak, tak... Akurat! Jeszcze zwiedziesz biedną Mirandę na złą drogę i co ? Stracimy jedną z najbardziej uporczywych, a zarazem najfajniejszych fanek, a poza tym nie wypieraj się, że nie lubisz romansować z Paniami z okienek, bo ostatnio jak byliśmy na trasie i pojechaliśmy do McDonalds’a, to przez pół godziny, biedaczku, nie mogłeś się oderwać od jakże ciekawej rozmowy z Panią, której miseczka od stanika na pewno nie była mniejsza niż D - odpowiada Brad puszczając mi oczko i uśmiechając się.
- No pewnie, wiesz ? Bym Ci coś powiedział, ale to już nie ważne. Chodź Miranda, wjedziemy do środka, bo przecież Wielki Zły Brad zaraz nam tutaj wybuchnie! a poza tym zaraz ochroniarze nas ochrzanią za blokowanie przejazdu - zapraszającym gestem Rob otwiera drzwi od samochodu.
- Tylko uważaj na niego Miranda i nie ufaj mu ! - ostrzega mnie Brad, kiedy Rob uśmiechając się sarkastycznie pokazuje mu, że ma nierówno pod sufitem.
- Dobrze, dobrze - odpowiadam pękając ze śmiechu i patrząc się ze zdezorientowaniem na Rob'a.
- No wsiadaj, nie bój się - mówi Rob.
- Ymm, no ok.
Wsiadam, a kiedy Rob zamyka drzwi i sam wsiada aby wjechać, po raz kolejny w życiu myślę nad swoim szczęściem i nad tym, że wiele osób widząc mnie z Linkinami i w samochodzie któregoś z nich pewnie rozszarpałoby mnie na strzępy. Przy okazji zauważam, że z tyłu podjechała również biała i również hybrydowa (cóż za dziwny zbieg okoliczności xD) Honda Insight II z której wyłania się Chester mówiąc coś do chłopaków.
- Już, już - odpowiada Rob przez otwarte okno, odpala silnik i wjeżdża za bramę, machając przyjacielsko ochroniarzowi, który najwyraźniej zna już dobrze chłopaków, bo również im odmachuje.
Jadąc tak przez ulice ogromnego parkingu, podziwiam piękno samochodu Rob'a. Ma coś w sobie. Niby nie jest jakimś super wypasionym samochodem, ale jednak jest naprawdę przepiękny. Z resztą, każdy samochód ma w sobie coś pięknego. Przynajmniej ja tak uważam i mimo mojego wielkiego sentymentu do marki Audi, nadal zachwycam się innymi samochodami, jak małe dziecko nowymi zabawkami. Będąc pełną podziwu dla Lexusa, nawet nie zauważam kiedy Rob parkuje i wysiada. Najwyraźniej chciał mi otworzyć drzwi, jednak wyprzedzam go i szybko sama wysiadam z samochodu. Nie żebym nie lubiła jak facet otwiera mi drzwi, jednak w tej chwili nie chciałam się zdawać jedynie na faceta, żeby przypadkiem nie wyjść na samolubną. Poza tym, przecież ten facet to jeden z moich idoli, więc jak mogłabym mu pozwolić się tak wysilać ? Dobra, przesadzam, wiem. Zaraz po wyjściu, przechodzę na tył samochodu i wraz z perkusistą czekam aż Brad i Chester zaparkują obok.
- I jak ? Nie molestował Cię ? - pyta sarkastycznie Brad, wysiadając z samochodu.
- Ej ! Przecież ja jestem Chester Molester ! - krzyczy Chester zamykając swoją Hondę - a tak w ogóle to cześć Miranda - mile wita się ze mną uściskiem ręki.
- Zamknijcie się oboje i chodźcie, bo reszta już pewnie na nas czeka - popędza ich Rob.
- Tak, tak, zwłaszcza Shinoda - odpowiada Brad, a Rob i Chester posyłają mu znaczące spojrzenie.
- No co, zażartować nie można ?!
Nie wiem o co chodzi, jednak teraz nawet gdybym wiedziała nie obchodzi mnie to. Liczy się tylko i wyłącznie spotkanie z zespołem który kocham i z człowiekiem którego kocham.
Wraz z chłopakami wchodzę przez rozsuwane drzwi wytwórni Warner Bros Records. W recepcji wita nas miła, czarnowłosa i dość wysoka kobieta w wieku około 30 lat, która podaje mi wejściówkę dla gości.
Dalej idziemy do windy, w której Chester wciska przycisk oznaczony numerem 54. Po nie zbyt długiej (biorąc pod uwagę ilość pięter) jeździe windą - drzwi otwierają się, a przed nami ukazuje się niezbyt długi korytarz, na którego pierwszej ścianie widnieje wielki napis Linkin Park. Chester, Rob i Brad prowadzą mnie aż do jego końca, a po drodze przelotnie pokazują mi wiszące na ścianach zdjęcia i nagrody w tym np. platynową Hybrid Theory. W końcu dochodzimy do dźwiękoszczelnych, szklanych drzwi, na których widnieje napis Studio 1. Wchodząc do środka od razu zauważam wspaniały sprzęt i wielki stół wokół którego stoją dwie czarne, skórzane kanapy. Całe studio ma ciepły wystrój, ciemne panele i brzoskwiniowe ściany, które dobrze komponują się z resztą. Znam ten wystrój aż za dobrze. W końcu widziałam go nie raz w wielu odcinkach LPTV. Przez otwarte szklane drzwi, które prowadzą do drugiej części studia słychać rozmowę. Po głosach poznaję że to Joe, Mike i Phoenix. Idę za Chesterem, który wchodząc przez drzwi, z uśmiechem na ustach mówi:
- No chłopaki, patrzcie kogo tutaj przyprowadziliśmy.
Czuję że cała się trzęsę, a emocje biorą górę. Szybko powstrzymuję napierające z wielką siłą łzy i dość mocno skrępowana, czuję że Rob delikatnie popycha mnie w stronę chłopaków. Pierwszy wstaje Mike, który wita się ze mną miłym i ciepłym uściskiem dłoni, który sprawia że cała drżę. Na szczęście powstrzymuję swoje odruchy i uśmiecham się najpiękniej jak tylko potrafię, zauważając w jego oczach pewien błysk. Widząc go stwierdzam jednogłośnie, że Mike'a coś musiało bardzo ucieszyć. Tylko co ? Biorąc pod uwagę, że ten sam błysk towarzyszył mu podczas Summitu, stwierdzam, że to pewnie radość ze spotkania z fanką. Joe i Dave witają mnie równie miło, po czym zapraszają abym usiadła.
- Ymm, przepraszam, ale na początek mam do Was takie jedno, bardzo ważne, a zarazem chyba dziwne pytanie.
- Ok, nie ma sprawy pytaj nas o co tylko chcesz - zachęcająco odpowiada Joe.
- Ok. No więc... Czy mogę Was wszystkich przytulić ? - pytam dość mocno zażenowana, swoją własną prośbą.
- A dlaczego miałabyś nie móc ? Jeśli ktoś z naszych fanów chce nas przytulić, to zawsze ma do tego prawo - mówi Chester po czym podchodzi i mnie przytula. Czuję serce kołatające mi w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć. I tak po kolei przytula mnie Chester, Rob, Brad, Dave, Mike i Joe. Wszystko byłoby ok, gdyby nie targające mną dreszcze i gęsia skórka, które nasiliły się podczas uścisku z Mike'iem.
- Boże, dziękuję Wam. Jakkolwiek to nie zabrzmi zawsze tego pragnęłam. Jeju, jesteście najlepsi, naprawdę - mówię trzęsącym się głosem, ledwo hamując wzruszenie.
- Heh, miło nam. W pewnym sensie Cię rozumiemy, przecież my też jesteśmy fanami rożnych zespołów i muzyków i też tak, bądź podobnie reagowaliśmy podczas spotkań z nimi - z pokrzepiającym uśmiechem mówi David.
Delikatnie się uśmiecham, po czym siadam na kanapie i dalej rozmawiam z chłopakami. Momentami nie mogę się oprzeć pokusie ciągłego patrzenia na Mike'a, który kilka razy chyba to zauważa, ponieważ za każdym razem kiedy spotyka moje spojrzenie uśmiecha się do mnie. Dopiero teraz naprawdę uświadamiam sobie jak bardzo go kocham. Nawet na koncertach, Meet & Greet'ach, czy w snach, to wrażenie nie było aż tak mocne. Dopiero gdy siedzę tutaj, w studiu nagraniowym Linkin Park wraz z całym zespołem, naprawdę czuję że moje serce ściska sznur, dający mi znać jak wiele ten człowiek znaczy dla mnie i jak bardzo go kocham. Po długiej rozmowie o muzyce, instrumentach, różnych zespołach, tekstach, teledyskach, filmach, grafice, zainteresowaniach i wielu innych rzeczach, przychodzi czas na to aby chłopaki pokazali mi jak tworzą muzykę, teksty i wszystko inne. Po przesłuchaniu wszystkich dem, obejrzeniu wstępnych wersji tekstów i linii melodycznych poprawianych sto razy to przez Mike'a, to przez Chester'a, a to przez jeszcze innego członka zespołu, Rob proponuje abyśmy udali się do jakiejś restauracji, w końcu, jak On to ujmuje "I tak wytwórnia nam zarezerwowała stolik". Nikt nie ma nic przeciwko, tak więc, wszyscy się zbieramy i wychodzimy z wytwórni. Kiedy już stajemy przy miejscach parkingowych chłopaków Brad pyta:
- Hmm, jedziemy swoimi samochodami ?
- Nie wiem, moglibyśmy jechać busem, tyle że nie ma Matt'a, a przecież to on ma kluczyki - odpowiada Dave.
- No dobra, to jedziemy swoimi...teoretycznie Ty masz największy samochód, także chyba wbijamy się do Ciebie - mówi Brad do Dave’a.
- Ok - odpowiada Phoenix, po czym podchodzi do swojego granatowego Mitsubishi Outlander Sport i otwierając go zaprasza nas do środka.
- Jednym się nie zabierzemy, więc jak coś to wy się wpakujcie w piątkę do Phoenix'a, a ja z Mirandą pojadę swoim - nagle wypalił Mike.
- Yymmhymm, że coo ? - wypaplałam nagle.
- Jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko, to pojedziesz ze mną moim Audi - odpowiada Mike trochę zmieszany.
- Nie, nie, oczywiście że nie mam nic przeciwko, tylko po prostu się zamyśliłam - odpowiadam jak najmilej i jak najszybciej żeby tylko Mike się nie domyślił.
- No dobra - mówi Brad, puszczając do mnie i Mike’a zalotne oczko.
Czy On się do cholery kapnął, że ja coś czuję do Mike'a ?! Nie no, raczej tak tego po mnie nie widać. Dobra, nieważne.
- Ok, no to zapraszam do samochodu, bo jak tak tutaj będziemy stali, to nigdy nie dojedziemy do tej restauracji - sarkastycznie mówi Mike i uśmiecha się do mnie. Ciarki chodzą mi po plecach, ale dzielnie staram się z nimi walczyć. Cholera ! Jechałam w samochodzie Rob'a Bourdona, teraz będę jechała w samochodzie Shinody...do tego spotkanie i rozmowa z Linkin Park. Boże, czy może mnie spotkać większe szczęście ?
Mike otwiera przede mną drzwi od swojego czarnego Audi R8 Spyder. W pierwszym momencie kiedy wsiadam do tego cacka, które zawsze podziwiałam, i w którym byłam zakochana od pierwszego wejrzenia, podziwiam jego tapicerkę i piękno samo w sobie, jednak kiedy Mike siada obok mnie, robi mi się gorąco i cała drżę. Cosgrove ! Mówi do Ciebie Twój własny mózg ! Możesz się kurna opanować ?! Nerwowo myśląc nad tym jak się uspokoić, wpadam na genialny pomysł i szczypię się sprawdzając, czy to nie jest przypadkiem piękny sen. Jednak okazuje się, że na szczęście jest to rzeczywistość, a ja siedzę wraz z moją miłością - Michaelem Kenji Shinodą, w samochodzie i jadę wraz z nim i resztą Linkin Park do restauracji w centrum Los Angeles.
- Ymm, no i jak ? Podoba Ci się spotkanie z nami, czy jak zawsze okazaliśmy się tępymi popaprańcami z dziwnego zespołu ? - zagaduje Mike, śmiejąc się z własnych słów.
- Oczywiście, że mi się podoba, jak mogłoby mi się nie podobać spotkanie z Wami ?! Z Linkin Park ?! No jak ? - odpowiadam również z uśmiechem.
- No nie wiem, nie wiem. Pewnie coś tam by Ci się mogło nie podobać - brnie Mike.
- Pfff...no pewnie, wszystko - udaję oburzenie - jesteście straszni - mówię sarkastycznie.
- No widzisz, mówiłem, że jesteśmy straszni i wcale nie gryziemy, tylko połykamy w całości - odpowiada Mike, nadal się śmieje - A tak serio, jest szansa na kolejne spotkanie ?
W pierwszym momencie mnie zatkało. Mike Shinoda zaproponował mi kolejne spotkanie. Przecież to ja powinnam się ich prosić o kolejne spotkanie, a nie On mnie ! Właśnie, to On prosi mnie o spotkanie czy zespół ?
- Czekaj, czekaj... Że niby wy, jako zespół chcecie się ze mną spotkać jeszcze raz ?! - pytam z nieukrywanym zdziwieniem - ale dlaczego ?
- Bo jesteś ciekawą osobą, do tego naszą fanką, jesteś kreatywna, pomysłowa i w ogóle. Stwierdziliśmy z chłopakami, że szkoda by było tracić kontakt z tak świetną i pełną energii osobą jak ty - uśmiecha się do mnie i chyba widzi, że mnie zamurowało, bo zaczyna się coraz bardziej śmiać.
W tym momencie miałam nieodpartą ochotę rzucić się na niego, jednak opanowałam się, bo wiedziałam, że mogłabym spowodować wypadek czy jakąś kolizję. W zamian za to zaczęłam śmiać się z radości jak jakiś popapraniec i nie mogłam się opanować. Mike spoglądał na mnie i w pewnym momencie też nie wytrzymał i wybuchł śmiechem. Razem śmialiśmy się przez dobre 5 minut, jednak w końcu się ogarnęliśmy, bo ludzie w samochodach obok co najmniej dziwnie się na nas patrzyli, zważając na to, że większość z nich poznała Shinodę, co było widać po ich spojrzeniach.
- To co ? Zgadzasz się ? - z uśmiechem pyta Mike.
- Pewnie ! Jak mogłabym się nie zgodzić, na kolejne spotkania z zespołem który kocham ?
- Wiesz że od razu wiedziałem że się zgodzisz ?
- No akurat tutaj Ameryki nie odkryłeś, bo to było zbyt logiczne - odpowiadam z uśmiechem mojemu ukochanemu.
Właśnie ukochany...Akurat kiedy myślę o tych słowach, w mojej torebce odzywa się telefon. Głośne * "I've become so numb, I can't feel you there, become so tired, so much more aware..." wypełnia cały samochód. Mike uśmiecha się do mnie kiedy nerwowo szukam telefonu. Znajdując go, odczytuję, że dzwoni do mnie nikt inny jak Dominik. Mam go gdzieś, nie popsuje mi tej pięknej chwili ! Rozłączam się, wyciszam telefon i chowam go z powrotem.
- Mogłaś odebrać - mówi Mike z lekkim uśmiechem.
- Nie, nie chce mi się akurat z nim gadać.
- Ahh, rozumiem, pewnie ktoś nie pożądany ze stylu były chłopak - delikatnie podpytuje się Mike.
- Hmm...tak dokładnie. Były chłopak, myślący, że wszystkie, nawet najgorsze błędy można naprawić jednym telefonem, a potem znów je popełnić – odpowiadam, mimo, iż jeszcze nie zerwałam z Dominikiem, ale uświadamiam sobie właśnie, że w tej chwili powinnam to zrobić.
- Ehh, to jest najgorsze, kiedy ktoś popełni błędy i nie dość, że nie umie godnie za nie przeprosić i nie żałuje, to jeszcze nie dba o to ile razy je popełni...
- Dokładnie - przytakuję.
- Przepraszam, że się wtrącam, ale szczerze Ci powiem, że nienawidzę takich ludzi. Myślą, że są pępkami świata, i że wolno im wszystko. Nie umieją przeprosić, nie umieją rozmawiać, nie umieją nawet okazać skruchy czy żalu.
- Tak, ja też tego nie lubię. Wiesz ? Albo mi się wydaje, albo byłby z Ciebie dobry psycholog - mówię z uśmiechem.
- Mówisz ? Może tak. Wiesz nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale wiele osób mi to już powiedziało - również z uśmiechem odpowiada Mike.
I tak dalej rozmawialiśmy przez całą drogę do restauracji. Nawet nie wiem kiedy minęło 30 minut jazdy. W owej restauracji zjedliśmy obiad, pogadaliśmy, znów zamęczyłam ich pytaniami, jednak teraz już wszyscy oznajmili mi że naprawdę nie chcą tracić ze mną, nie tylko jako fanką, ale również jako osobą, kontaktu, bo twierdzą, że jestem kreatywna, pomysłowa, pozytywnie zakręcona i w ogóle. Na koniec spotkania, pożegnałam się z chłopakami przed restauracją, przed którą zebrała się dość pokaźna grupka ludzi, pragnących autografu i zdjęcia. Mike kazał mi zaczekać i powiedział, że odwiezie mnie do domu.
- Mike, nie chcę się narzucać, a poza tym pewnie czeka na Ciebie Twoja żona - oczywiście chciałam aby mnie odwiózł, ale nie chciałam się narzucać i pokazać, że jestem samodzielna i lubię to.
- Anna zrozumie jak jej powiem, że musiałem odwieść kogoś ważnego dla zespołu do domu - odpowiedział, puszczając do mnie oczko - masz poczekać, ok ?
- Ok, ok - a jednak się ugięłam.
Po skończonym rozdawaniu autografów, podczas którego i ja zostałam kilka razy zaczepiona i powiedziano mi nawet że jestem wielką szczęściarą, że znam ich osobiście i w ogóle... Jeszcze raz pożegnałam się z chłopakami, jeszcze raz ich przytulając, po czym zmuszona przez Mike'a wsiadłam jeszcze raz do jego pięknego samochodu. Kiedy w nim siedziałam, zauważyłam, że Mike zamienił jeszcze kilka słów z chłopakami, a Ci przytakiwali na jego słowa i potem śmiejąc się wsiedli do samochodu Dave'a. O czym Oni mogli rozmawiać ? Hmm... No tak, w sumie to nie moja sprawa. Dobra, nieważne. Mike wstukał w swój GPS mój dokładny adres, po czym odwiózł mnie pod samą bramę. Cóż za niespodzianka, znów nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy Mike na pożegnanie dał mi swój numer i numer do ich studia w Warnerze, po czym uściskał mnie i pojechał. Przez chwilę stałam jeszcze na chodniku, drżąc ze szczęścia i podniecenia. Miałam ochotę skakać i wykrzyczeć całemu światu, jaka jestem szczęśliwa. Z trudem się opanowałam, po czym weszłam za bramę jak zawsze miło witając Pana Volter'a. Idąc do swojego wieżowca oraz mieszkania, myślałam nad tym pięknym dniem. Tak, to był zdecydowanie najlepszy dzień w moim życiu, i nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że będzie jeszcze takich wiele. Wyjęłam klucze od mieszkania i weszłam jak najciszej mogłam. W końcu było już około godziny 21:30, a moi drodzy współlokatorzy mogli już spać zmęczeni trudami dnia. Chyba się pomyliłam z tym spaniem, bo zaraz po wejściu Anna, Victoria i Gabriel naskoczyli na mnie z toną pytań, o to jak było, co się działo i wgl. Ahh...coś czuję że to będzie długa, nieprzespana, ale za to przegadana noc. A co mi tam, i tak pod napływem emocji pewnie bym nie usnęła.

                                                                 ***

Jadąc ulicami Los Angeles rozmyślam nad dzisiejszym dniem i cieszę się jak jakiś szczeniak. Hmm... Coraz bardziej zaczynam wierzyć w teorię chłopaków na temat mojego zakochania. Chyba naprawdę ją kocham. To dziwne, ale jednak wiele wskazuje na prawdziwość tego stwierdzenia. Cały czas o niej myślę i nie mogę się oderwać nawet na sekundę. Mam mentlik w głowie. Kłótnie z Anną, dzieci, Miranda i to wszystko. Jednak mimo tego, na pewno mogę stwierdzić, że dzisiejszy dzień był jednym z najbardziej udanych w moim życiu. Teraz pozostaje tylko pytanie. Czy jest możliwe aby Miranda czuła to samo co ja ? Nie wiem, ale muszę się prędzej czy później tego dowiedzieć, inaczej nie wytrzymam, naprawdę. W tym momencie słyszę sygnał dochodzący z mojego iPhone'a, Anna dzwoni. Zapewne szykuje się kolejna kłótnia. Nie mam już na to siły... Chcę tylko utulić dzieci i położyć się spać nie przestając myśleć o Niej. Mimo to muszę odebrać. Rozmawiam chwilę z Anną, jednak już po minucie żałuję, że w ogóle odebrałem ten telefon. Moje obawy się spełniły.


* fragment piosenki Numb, Linkin Park.

wtorek, 9 października 2012

Leave Out All The Rest Part 5.


Ta Daaaaaaaam ! No to w końcu jestem z kolejnym rozdziałem i widocznymi gołym okiem zmianami :) Po 1. jak pewnie już zauważyliście, pojawiła się playlista :D Dodałam do niej piosenki przy których najczęściej sama czytam opowiadania, także mam nadzieję że wam się podoba ;p Za pomoc w jej utworzeniu dziękuję Kamily :) Następne zmiany zaszły w układzie stron. Dodałam je bo stwierdziłam że ciekawiej jest czytać opowiadanie wiedząc jak wyglądają jego bohaterzy (nie licząc oczywiście chłopaków z LP) ;) W ogóle powiem wam w tajemnicy że strasznie się jaram tymi bohaterami, bo tak mi jakoś zarąbiście wszyscy do siebie pasują :D No ale cóż, dalej. Do zakładki Polecane dodawać będę na bieżąco co raz to nowe wynalezione przeze mnie blogi, które będę czytać ;p Na razie jest ich tylko tyle, ale sądzę że z czasem grono moich ulubionych blogów się powiększy :) Apropo zmiany w opowiadaniu. Mówię z góry że nie będę zawsze pisała wszystkiego z perspektywy i Mirandy i Mike'a. To będzie się działo zależnie od powagi sytuacji i tego czy uznam to za konieczne ;)

Na sam koniec, żeby was dalej nie zanudzać moją gadaniną, polecam wam również tutaj blog drogiej Kamily :) http://rozchwiane-uczucia.blogspot.com/  naprawdę świetnie pisany, utrzymany w dobrym stylu i ukochanej tematyce Linkinowskiej :D A no i prawie bym zapomniała. Dziękuję Wam wszystkim za komentarze i tutaj i na Twitterze :) W końcu w dużej mierze ten blog istnieję dzięki Wam i Waszym komentarzom, które nakłaniają mnie do dalszego pisania :) Jeszcze raz bardzo dziękuję, życzę miłego czytania i pozdrawiam :) Cassandra ;p


Leżę w łóżku i rozmyślam o tym wszystkim. Anna już śpi. Dziś znowu się z nią pokłóciłem. O co ? Jak zawsze o kompletną głupotę. Przyjeżdżam z trasy i chcę spędzić trochę czasu z nią i dziećmi w domu, w ciszy i spokoju, a ona zarzuca mi, że w ogóle nie zwracam na nich uwagi, że jestem pieprzonym egoistą, który myśli że załatwi wszystko zabierając ich raz w roku na kilka miesięcy w trasę. Ja tylko chcę się odprężyć, odpocząć i pobyć z nimi, oraz pobawić się, porysować i poczytać dzieciom... A ona chce, żebyśmy jak gdyby nigdy nic poszli na kolację do jej rodziców. Owszem, lubię swoich teściów. John jest fajnym facetem przed sześćdziesiątką, który trochę się w życiu napracował, ale mimo tego uporał się z problemami i ma bardzo wiele przeróżnych i ciekawych zainteresowań, które jak twierdzi - ja pomagam mu rozwijać. Melissa to typowa pani domu. Jest elegancką i zawsze gotową do wyzwań kobietą, która spokojnie mogłaby dostać miano królowej utrzymania ogniska domowego. Rodzice Anny zawsze traktowali mnie jak syna. Prawdę mówiąc, Melissa powiedziała mi kiedyś, że od zawsze byłem jej ulubionym zięciem, i że zawsze, kiedy jeszcze byłem z Anną tylko na stopie przyjacielskiej, chciała abym kiedyś został jej mężem. Ehh... I pomyśleć, że rodzice Anny nic nie wiedzą o naszych problemach. Myślą, że jesteśmy szczęśliwym i bezproblemowym małżeństwem, które kocha swoje dzieci nad życie i nigdy nie dopuści do rozpadu rodziny. Owszem, oboje z Anną kochamy Otis'a i Megan nad życie, ale pomiędzy nami od dłuższego czasu nie układa się tak jak powinno. Kiedy jestem w trasie kłócimy się mniej więcej co tydzień o jakieś bzdury. Za to kiedy jestem w domu, jest jeszcze gorzej. Potrafimy pokłócić się kilka razy dziennie. Jakiś rok temu, mimo kłótni potrafiliśmy jeszcze ze sobą porozmawiać jak normalni ludzie, ale w tej chwili nie jest to możliwe. Nawet jeśli byśmy chcieli porozmawiać o naszych problemach i załagodzić kłótnie, to nie możemy już znaleźć wspólnego języka. Choćbyśmy oboje nie wiadomo jak się starali, zawsze kończy się to jeszcze większą kłótnią. Zazwyczaj wtedy biorę samochód oraz kilka rzeczy i jadę przenocować się do Chester'a, Phoenix'a bądź któregoś z chłopaków. Dzisiaj jednak po kłótni, jak gdyby nigdy nic poszedłem położyć dzieci spać, a potem sam się położyłem. Nie mogę zasnąć. Męczę się w łóżku od około 4 godzin, przekładając się z boku na bok i nie mogę przestać myśleć o niej. Ta dziewczyna mnie tak zaintrygowała. Wysoka, długie, czarne włosy z granatowym połyskiem, piękna figura, bystre, głębokie, ale zarazem miłe, orzechowo-brązowe oczy z nalotem zieleni, blada cera i pełen ciepła uśmiech. Ma około 25, może 26 lat, i jest fanką Linkin Park. Pfff...jestem idiotą! Widziałem jakąś laskę na oczy może ze cztery razy w życiu, rozmawiałem może ze dwa, ale nie mogę przestać o niej myśleć. Do tego ucieszyłem się jak dzieciak kiedy na LPU Summit powiedziała, że ona wylosowała osobiste spotkanie z nami. Co się z Tobą dzieje, Shinoda ? Przecież ty nigdy nie myślałeś w taki sposób o żadnej kobiecie, nawet o Annie! Swojego czasu naprawdę kochałem Annę, ale nigdy o niej nie myślałem w ten sposób, w jaki teraz myślę o Mirandzie. Tak, Miranda. Na samą myśl o tym imieniu dostaję gęsiej skórki. Shinoda, co z Tobą jest popaprańcu ? Powaliło Cię, czy jak ? Wstaję. Właśnie uświadomiłem sobie, że muszę z kimś pogadać. Z kimś bliskim, do kogo mam zaufanie i mogę mu wszystko powiedzieć. Problem w tym, że wszystkie dziewięć osób o jakich właśnie pomyślałem śpi, z czego przez ostatnie 4 miesiące z pięcioma z nich byłem w trasie. Fuck. Walić to, ktoś musi mnie wysłuchać! Biorę swojego iPhone'a i jak najciszej, tak aby nie obudzić Anny wychodzę z pokoju, a następnie udaję się na schody. Cholera, w ciemności jak zawsze nie zauważam etażerki stojącej przy schodach i z całej siły walę w nią nogą. Ałaaa! Od ponad roku mówiłem Annie że trzeba ją przenieść w jakieś inne miejsce, ale nie ! Po co ją przenieść ?! Lepiej, żeby biedny Shinoda za każdym razem kiedy zmierza po górnym korytarzu walił się w piszczel, prawie ją łamiąc. Ból mija, a ja chwiejnym krokiem, podchodzę najpierw do pokojów dzieci, a potem do naszej sypialni i sprawdzam czy się przypadkiem któreś z nich nie obudziło. Widząc że nie, już bardziej stabilnym krokiem udaję się w stronę schodów, uważając na pieprzoną etażerkę i schodzę na dół do kuchni. Siadam przy stole i spoglądam w kontakty mojego telefonu. Mamy i taty nie będę budził, - w końcu jest druga w nocy, a oni są starszymi ludźmi. Wiem, że zawsze są gotowi mnie wysłuchać, ale bez przesady, nie będę ich przecież budził o tej godzinie. Jason jest na wakacjach w Brazylii razem z Angeliną. Przecież miesiąc miodowy mojego kochanego braciszka nie może trwać tylko miesiąc. Musi balować z Angie przez pół roku, żeby poczuć że się hajtnął. Mark jest w trasie ze swoim zespołem. Ehh...no to nic. Muszę obudzić chłopaków. W sumie gdyby nie to, że są zmęczeni po trasie to bez zastanowienia zadzwoniłbym do nich w celu spotkania, nie myśląc w ogóle o innych opcjach. Pierwszym numerem jaki znajduje jest numer Hahn'a. No to dzwonię.
- haloo ? - odbiera zaspanym i nie zrozumiałym głosem Joe.
- Hej Joe. Tu Mike. Wiem, że Cię obudziłem ale potrzebuję z wami pogadać.
- Człowieku ja tu śpię, a ty mi o pogaduszkach. Powaliło Cię ? Jest druga w nocy... - z wyrzutem mówi Hahn - Nie możemy pogadać jutro, w studiu ?
- Nie, to zbyt ważne. Tak więc proszę Cię, rusz ten swój tłusty, zaspany tyłek, ubierz się i posprzątaj, bo jak dobrze pójdzie to za godzinę będziemy z chłopakami u Ciebie.
- O jeju, no dobra, dobra. Już wstaję. I nie nazywaj mojego tyłka tłustym, bo to nie ja na trasie w 2001 roku usiadłem na stole i to nie ja go połamałem. A po za tym mój tyłek może i jest tłusty ale za to jaki seksowny - mówi z rozbawieniem w głosie.
- Dobra, dobra, już się nie rozczulaj, bo jeszcze wpadniesz w samouwielbienie. Sprzątaj - odpowiadam mu również z uśmiechem.
Po zakończonej rozmowie, dzwonię do reszty chłopaków, którzy niechętnie wstają, ale kiedy słyszą, że mam z nimi do pogadania - to od razu mówią że będą u Hahn'a jak najszybciej. Ok, tak więc pozostaje mi się ubrać, ogarnąć i jechać do przyjaciela.

                                                     ***

Jakieś pół godziny później staję pod domem przyjaciela swoim czarnym Audi R8 Spyder. W sumie, ten samochód to taka jedna z niewielu moich zachcianek w życiu. Można powiedzieć, że jakkolwiek to nie zabrzmi - zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia i inne samochody się już dla mnie nie liczyły. Trąbie, by Hahn otworzył mi bramę, a ten wyglądając przez okno wciska przycisk. Wjeżdżam i już jestem. Widząc, że chłopaki siedzą na tarasie, obchodzę dom dookoła i wchodzę po schodach na ogromny taras, na którym Joe zawsze urządza imprezy w gronie znajomych itd. Widzę, że wytargał ze swojego barku co najmniej 15 litrową beczkę z Heinekenem - wiecie, tak, żeby się lepiej gadało.
- No, to teraz siadaj Houdini i gadaj co tam znowu wyczarowałeś - mówi trochę zaspanym głosem Brad.
- Leżałem w łóżku i stwierdziłem, że muszę z wami pogadać o czymś ważnym.
- Dawaj - mówi zaciekawionym głosem Rob.
- No więc pomijając to, że znowu pokłóciłem się z Anną, to chciałem was zapytać... Pamiętacie tą Mirandę ? Wiecie, czarne, długie włosy, brązowe oczy, wysoka, szczupła - pytam ze skupieniem.
- Pewnie, że ją pamiętamy. Ona ze wszystkich naszych fanów i fanek najbardziej nam się wryła w pamięć. W końcu nie bez powodu zapamiętałem ją po pierwszym Meet & Greet'cie - mówi Phoenix.
- A o co chodzi, że akurat o nią pytasz ? - dalej brnie Chaz.
- Bo wiecie, to ona wygrała spotkanie z nami, no i nie może dać mi to spokoju. Znaczy... W sumie Ona sama nie może dać mi spokoju.
- Wiemy, że to ona wygrała. W końcu jak nam to mówiłeś to miałeś minę, jakbyś chciał ze szczęścia przebiec całe Stany Zjednoczone - z rozbawieniem wspomina Rob.
- W jakim sensie Ona nie może dać Ci spokoju ? - z zaciekawieniem pyta Brad, a reszta słysząc to robi miny, z których zawsze śmieję się godzinami. Jak to mówię - udają, że myślą. Jednak teraz jestem za bardzo zaabsorbowany żeby śmiać się z ich ryf.
- Hmm...jakby to powiedzieć... Nie mogę przestać o niej myśleć! Cały czas tylko Miranda, Miranda i Miranda. Nie mogę doczekać się spotkania, zachowuję się jak małe dziecko, które czeka na dzień, w którym ma przyjść Święty Mikołaj. Z resztą, co ja wam mówię. Pewnie zauważyliście to już dawno - mówię dalej z powagą - kiedy zobaczyłem ją na Summicie to ucieszyłem się jak jakiś szczeniak. Miałem ochotę wskoczyć na sufit i zatańczyć lambadę. Jezu, co ja pierdolę. Wy to słyszycie. Ewidentnie jebie mi się coś w mózgu. Nawet słownik mi się zmienił. Przecież nigdy nie używałem tak tępych porównań, Jezu. Do tego kiedy tylko na myśl przyjdzie mi samo jej imię - dostaję gęsiej skórki i zaczynam o niej tak intensywnie myśleć, że nic do mnie nie dochodzi - opadam na oparcie siedzenia zmęczony gadaniną, tak szybką, że zastanawiam się czy oni w ogóle coś zrozumieli. Ale po ich minach widzę, że raczej wszystko ogarneli.
- Ostatnio faktycznie byłeś jakiś rozkojarzony, co umówmy się szczerze - na Ciebie jest dziwne - wspomina Phoenix.
- Tak, na mój gust nic Ci się nie jebie w mózgu - mówi Hahn - ty zawsze taki dziwny byłeś tylko się ukrywałeś. Pfff...a mi wypominasz jak przychodzi Remy i gada o krakersach drąc się na was, że macie pracować bo wam skopie tyłki - z oburzeniem mówi Joe.
- Dzięki, bardzo mi pomogłeś - odpowiadam z poirytowaniem.
- kabumsfacyfugihajaaa, to ja pójdę po krakersy - z uporem maniaka przedrzeźnia mnie Joe i faktycznie idzie po coś do kuchni.
- Idź po te krakersy i się zamknij - odpowiada mu Chester strzelając facepalm'a roku - Ty się po prostu zakochałeś. Jakkolwiek to nie brzmi, zakochałeś się jak szczeniak z gimnazjum w dziewczynie z innej klasy, z którą nawet nigdy nie gadał, która idąc po korytarzu kręci dupą jak kierownicą i świeci najjaśniej bo ma mega lanserskie słodkie koleżaneczki, które zamiast mózgu mają - jak dobrze pójdzie - kawałek gówna...
- yyy, to może panu już podziękujemy - mówi Brad z udawanym przerażeniem na twarzy, odciągając od Chaz'a szklankę z piwem.
- Mike, teraz masz dowód na to, że jeśli faktycznie Ci odwala to nie jesteś sam - śmieje się Rob.
- Ale Chaz ma rację! Tak zupełnie serio, to według mnie albo się w niej zakochałeś, albo przynajmniej Ci się tak wydaje - już z pełną powagą mówi Joe, wchodząc z powrotem na taras z kilkoma paczkami krakersów i innymi przekąskami tego typu.
- Nie, to przecież nie możliwe. To musi być coś innego. Przecież nie mogłem się zakochać w dziewczynie, którą widziałem na oczy kilka razy w życiu - mówię niedowierzając.
- Mogłeś, mogłeś, słyszałeś kiedyś o miłości od pierwszego wejrzenia ? Może akurat Tobie się przydarzył taki przypadek ? - odpowiada Chester sięgając po krakersa.
- Nie no, jaja sobie ze mnie robicie. To nie możliwe, nigdy w to nie wierzyłem. Przecież miłość opiera się na poznaniu kogoś i dłuższej znajomości drugiej osoby - nadal niedowierzam.
- Nie zawsze, uwierz. Ja kiedy tylko zobaczyłem Talindę - wtedy na tej imprezie, to od razu wiedziałem że jak do niej nie podejdę i nie zagadam to będę żałował do końca życia.
- Eee tam... Mów co chcesz, w końcu to zobaczysz, bo my wiemy swoje... - z pełną powagą mówi Phoenix, a reszta mu przytakuje.
- No tak. Powiedzmy, że macie rację, a ja jestem głąbem i wam nie wierzę. W takim razie co z Anną, co z dziećmi ? Przecież ich nie zostawię! Owszem i tak już od dawna jest między nami źle, ale mimo tego jeszcze ani razu nie przyszło mi do głowy żeby się rozwieść!
- Ej ej, poczekaj. Jeszcze nawet dokładnie tej dziewczyny nie poznałeś, a już gadasz o rozwodzie ? Ogarnij się człowieku! Nawet nie wiadomo jaki ona ma stosunek do Ciebie - przypomina mi Rob podniesionym, a zarazem opanowanym głosem .
- No tak. Po prostu, jeju, sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Cały czas kłócę się z Anną i raczej nie zapowiada się żeby było lepiej, już prędzej gorzej. Nie chcę się rozwodzić, ale jak tak o tym pomyślę, to nie wiem czy tak nie byłoby lepiej. Głównie dla dzieci, ale też dla nas. W końcu lepiej żeby dzieci wychowywały się z nami obydwoma ale osobno, niż w domu gdzie na okrągło ktoś się kłóci - głośno myślę.
- Mike, rozwód nigdy nie jest dobry, dla nikogo. A już na pewno nie dla dzieci. Ale jeśli macie się z Anną dusić będąc dalej małżeństwem, kłócić, a do tego co najgorsze może nawet zdradzać, to chyba jednak lepiej żebyście się rozwiedli. W końcu coś o tym wiem, a tak mi się przynajmniej wydaje - mówi Chester.
- W sumie - mówi zamyślonym głosem Joe.
- Ehh, sam już nie wiem. Zobaczymy. Na razie niech się dzieje co chce - znów głośno myślę, po czym zagaduję - dobra, szczerze, nie chcę mi się dalej o tym gadać. Może jak już was tu ściągnełem to pogadamy sobie na luzie. Wiecie, taki męski wieczorek - staram się uśmiechnąć.
- No spoko. W sumie, Elisa mnie zabiję jak rano się obudzi, a mnie nie będzie, no ale już ok, napiszę jej sms-a - z wyrzutem mówi Brad.
- Jak chcesz to możesz jechać - odpowiadam.
- Nie. Jesteście moimi przyjaciółmi i najlepszymi kumplami. Nie zostawię żadnego z was bo jesteście dla mnie ważni tak samo jak Elisa i dzieci. Nie zostawię was zwłaszcza jak któryś z was ma problem. Musimy coś obgadać i jak znam El to kiedy powiem jej rano że musieliśmy Ci pomóc to nie będzie zła. A tak w ogóle, Hahn, przytargaj tu jeszcze jedną beczkę piwa, bo coś czuję, że to będzie bardzo długa i bardzo rozmowna noc - pełnym przekonania głosem mówi Brad.
- Ohh...wiesz co ? Rozczuliłem się - mówi Chaz udając płacz - naprawdę, to było takie wzruszające, że aż muszę Cię przytulić. Jeju, nigdy tak mnie nic nie poruszyło, Boże, o mój Boże - dalej udaje Chester i wstając rzuca się na kolana Bradowi, który pękając ze śmiechu głaszcze go po głowie.
- Boże, jakie to gejowskie, chyba pójdę po aparat, Joe będzie miał co oglądać - Joe z głupią miną ćwoka, udaje Remy'iego.
- Ejj dobra skończcie. To naprawdę dziwnie wygląda - mówi Phoenix z udawanym przerażeniem, kiedy Rob wstaje i udając gejowskie ruchy przytula się do chłopaków.
- Widzicie? Tak się powinien zaczynać każdy gejowski pornos - mówi Chester, nadal udając płacz, a zarazem pękając ze śmiechu.
- Chester, czy my mamy coś podejrzewać ? - mówię, nie mogąc opanować śmiechu.
- No, oczywiście. Przecież zawsze, w każdym momencie i w każdej godzinie mam ochotę na faceta. Zwłaszcza na Ciebie - kobiecym, a zarazem śmiesznym głosem odpowiada Chaz.
- Ohh naprawdę. Trzeba było mówić - udaję z tą samą manierą co Chester.
- Boże, jesteście straszni - niby to z odrazą odpowiada Joe/Remy - czuję się oburzony, a tak w ogóle to wychodzę - mówi prześmiewczo.
- Ejj Chaz! To dlatego zawsze macasz nas po jajach? - pyta Phoenix.
- Nie, dlaczego niby z tego powodu. To się dzieje samo. Wiecie, taki wrodzony instynkt. Od dziecka go posiadałem.
- Ejj, dobra kończymy ten numerek, bo tak w sumie to Joe ma sąsiadów, nasze żony będą zazdrosne, a tak w ogóle to mieliśmy gadać - zagaduje Brad.
- Ej, ej, panie najmądrzejszy! Przecież ja kurna nie mam żony! - zauważa Rob.
- Pff...ale masz Jennette - to wystarczy.
- Dobra już dobra - Rob schodzi z chłopaków i wraca na swoje miejsce - co chwilę później robi także Chester.
Właśnie tak zawsze odwala chłopakom, kiedy widzą że któryś ma doła. Co jak co, ale wtedy od razu człowiekowi się humor poprawia.

                                                     ***

Leżę w łóżku i wypłakuję się w poduszkę. Boże, dlaczego ja w ogóle godziłam się na ten pieprzony związek! Dlaczego ktoś, kto kiedyś był dla mnie jak przyjaciel, teraz tak mnie rani ? Wiem, że on robi to z zazdrości, jednak to nie usprawiedliwia jego ostatnich napadów złości. Ostatnio przed LPU Summit próbował mnie nawet uderzyć! Nie wiem co się z nim dzieje... Domi nigdy taki nie był. Rozumiem, że jest zazdrosny, ale zawsze wiedział, że go nie kocham. Mówiłam mu, żeby się nie łudził, ale on z uporem maniaka dalej w to brnął. Bardzo dobrze wiem dlaczego to robi. Mści się na mnie, bo dowiedział się że kocham Mike'a! A teraz, kiedy dowiedział się o moim spotkaniu z Linkin Park, pomyślał, że może naprawdę się coś wydarzy między mną, a Mike'iem i próbuje dopuścić do tego abym na nie nie poszła! Pfff...błagam ! Niemożliwe, żeby Mike zostawił dla kogoś takiego jak ja żonę i dzieci. Może jak dobrze pójdzie - zaprzyjaźnię się z zespołem. Ale żeby miało być coś więcej pomiędzy mną a nim ? Nie, to niemożliwe. Podnoszę się na rękach i wstaję. Idę do łazienki. Patrzę w lustro i widzę swoje zmęczone, zapuchnięte od płaczu oczy. Przemywam twarz zimną wodą. Orzeźwiająca fala zimna przebiega po moich policzkach i daje minimalną ulgę. Wycieram twarz ręcznikiem i wracam do pokoju. Siadam na łóżku i ciężko oddycham. Nie dopuszczę do tego żeby ten palant z zazdrości popsuł mi coś o czym marzyłam od lat ! Nie ma takiej opcji ! Pójdę na to spotkanie i pokaże mu co to znaczy być szczęśliwym ! Niech zobaczy jak rozpiera mnie radość. Przy nim nigdy nie byłam tak naprawdę szczęśliwa... Zawsze pozostawał ten fakt, którego on nie mógł ścierpieć. To, że kocham innego. Nigdy nie odgrywałam się na nim. Zawsze myślałam że jest mądry i nigdy nie postąpi tak, jak robi teraz. Widocznie się pomyliłam. Pierwszy raz w życiu się na nim zemszczę, mimo, że nie jestem mściwa. Z reguły muszę naprawdę kogoś nienawidzić żeby się na nim mścić. Jednak teraz moją irytacje i zdenerwowanie wzmacnia jeden, bardzo dla mnie ważny fakt. Miłość, do Mike'a. Myśląc tak, robię się coraz bardziej senna, aż w końcu zasypiam.

niedziela, 23 września 2012

Leave Out All The Rest Part 4.


Witam. W końcu po 2 tygodniach przerwy daję wam kolejną cześć LOATR :) Mam nadzieję że się wam spodoba ;D Co do następnego rozdziału to powiem wam że nic nie obiecuję, bo szkoła mnie jak na razie przerasta troszkę, ale za tydzień wyjeżdżam na szkolny wyjazd, przed którym postaram, się wstawić 5 rozdział, a jeśli nawet nie to pożyczę tam lapka od koleżanki i spróbuję napisać coś sensownego, pracując nad remixem LITE ;p Standardowo proszę o komentarze tutaj jak i na moim Twitterze CassandraLP789 i przypominam że blogger mnie nie lubi więc odpisuję na Twitterze :) 

Chciałabym wam również polecić na prośbę mojej koleżanki która otwiera sklep internetowy, jej stronę na Facebook'u - https://www.facebook.com/pages/Dream-Clothes/253724718082320 Zapraszam do lajkowania ;) Pozdrawiam, Cassandra ;p

Piątek, 17 sierpnia 2012, godzina 9:00. Stoję przed halą koncertową Susquehanna Bank Center w Camden w stanie New Jersey. Stoję i nie mogę uwierzyć w to że tu jestem. Jeszcze raz sprawdzam nerwowo czy wszystko ze sobą wziełam. Potwierdzenie jest, bilet też, płyta, telefon, klucze są, aparat jest, koszulkę mam na sobie więc nie mam co sprawdzać. Nerwowo przygładzam włosy, po czym udaję się do wejścia. Wchodzę i staję w kolejce z około dwustoma innymi fanami Linkin Park. No to sobie poczekam, myślę śmiejąc się w duchu.

                                                              ***

Trochę przed godziną 11:00 wszyscy, w tym ja, wchodzimy do środka. Trzeba przyznać, że czas w kolejce minął mi miło i zarazem bardzo szybko. Poznałam kilku ciekawych ludzi, w tym bardzo fajną dziewczynę Scarlett i jej chłopaka Jared'a. Rozmawiałam z nimi przez prawie cały czas oczekiwania, żartowaliśmy, śmialiśmy się, rozmawialiśmy o muzyce (o Linkin Park oczywiście) i ogólnie o wszystkim. Na końcu wymieniliśmy się numerami telefonu (tak na wszelki wypadek, gdybyśmy się potem nie wyłapali w tłumie) i wchodząc po kolei pokazaliśmy ochroniarzom swoje potwierdzenia uczestnictwa w LPU Summit. Po wejściu przez chwilę myślałam o wydarzeniach jakie miały miejsce kilka dni wstecz, jednak szybko wymazałam wszystko z głowy i stwierdziłam, że muszę się nacieszyć tą jedyną w swoim rodzaju chwilą.

Na dobry początek czeka na nas wszystkich emocjonująca atrakcja - a mianowicie loteria. Na stole stoi sześć papierowych toreb. Na każdej napisana jej wartość: zdjęcie z zespołem, miejsce na scenie podczas koncertu, specjalny laptop z limitowanej edycji (zaprojektowany przez Linkin Park), wycieczka za kulisy z dwoma członkami zespołu - Mike'm i Phoenix'em, akredytacja foto na koncert oraz wspólny wypad do wybranego miejsca z całym zespołem. Trzeba kupić los za dolara i wrzucić do wybranej torby. Ludzie kupują po kilka, bądź kilkadziesiąt losów i wrzucają je do różnych toreb. Osobiście twierdzę że w takich sytuacjach albo ktoś ma szczęście, albo go nie ma. Nie raz próbowałam w przeróżnych loteriach, jednak nigdy nic oprócz kuponu na kawę w McDonalds'ie nie wygrałam. Biorąc pod uwagę moje poprzednie doświadczenia, nie mam wielkiej nadziei na to, że teraz coś wygram. Kupuję sześć losów. Po jednym do każdej torby. Wyciągnięcie z którejś torby losu z moim numerkiem graniczy z cudem, no ale cóż. Z całej siły wierzę w swoje marzenia. Marzenia, które chcę spełnić z całych sił. Nie tylko dlatego żeby dopiec wszystkim ludziom (zwłaszcza Dominikowi), którzy we mnie nie wierzą, ale dlatego że z całej siły kocham LP i Mike'a. Po chwili spoglądam po kolei na każdy ze swoich szarych kuponów, a potem na tablicę z numerami osób wylosowanych. Zamieram w bezruchu i jeszcze raz czytam po kolei numer na jednym z moich kuponów po czym porównuję go z numerem widniejącym na tablicy pod napisem "meeting with Linkin Park". O cholera...wygrałam... - szepczę pod nosem, tak że nikt oprócz mnie nie słyszy mojego szeptu. Nie ma to jak spontaniczne okazanie prawdziwej radości, w obliczu wydarzenia które spełni jedno z twoich życiowych marzeń. Otrząsam się dopiero kiedy słyszę krzyk wydawany znajomym głosem. To Scarlett, wygrała akredytację. Została akredytowanym fotografem na koncert LP. Nie dziwie się jej radości. W końcu czego ona w tej chwili mogła chcieć więcej ze swoim wspaniałym, profesjonalnym aparatem. Kiedy już emocje trochę opadają, zaczynają się gratulajce i inne.
- Wygrałaś coś ?! - krzyczą Scarlett i Jared podbiegając do mnie z uśmiechami od ucha do ucha.
Moja mina chyba w tej chwili musi być dość dziwna, bo Scarlett wyciąga mi z ręki los i porównując go z numerem na tablicy rzuca się na mnie, sciskając z całej siły.
- Boże, nie mogę uwierzyć ! Wygrałaś osobiste spotkanie z LP ! Jeju, gratuluję Ci ! - krzyczy ściskając mnie jakgdyby próbowała wycisnąć ze mnie całą krew przez oczy.
- Nnno... - to jedyne co udaje mi się z siebie wycisnąć, pod napływem szoku i naciskającej na mnie Scarlett.
Kiedy w końcu dziewczyna mnie puszcza, zaczynam zdawać sobie sprawę z tego co właśnie się stało. Czuję nagły, niekontrolowany przypływ radości i nie mogę się powstrzymać od wykrzyczenia całemu światu jaka to ja jestem przeszczęśliwa. Zaczynam się drzeć. Nawet nie wiem co krzyczę. Wiem że coś w stylu: "Boże, wygrałam, rozumiecie ?! Ja wygrałam !! WY-GRA-ŁAM !!!!". Po niekontrolowanej euforii, natychmiast wraca mi świadomość. Scarlett i Jared patrzą się na mnie zarazem z ogromnym zdziwieniem jak i zrozumieniem. Musimy iść dalej. Wszyscy czekają najbardziej na pojawienie się chłopaków, którzy wyluzowani i w dobrym humorze witają wszystkich, po czym my ustawiamy się w kolejce, a oni przechodzą obok każdego, składając autografy i ucinając sobie krótkie pogawędki. Stoję w szeregu i czekam na moją kolej - o dziwo nie płacząc, a mając tylko delikatnie załzawione oczy. Za mną Scarlett i Jared też już nie mogą się doczekać. Pierwszy podchodzi do mnie Brad, który znów mnie poznaje i wita się ze mną jak ze starą dobrą kumpelą:
- Hej, pamiętam Cię, jesteś Miranda, tak ? - pyta z uśmiechem na twarzy, przybijając mi piątkę.
- Tak, Miranda, ta która męczy was i za wami chodzi od koncertu do koncertu, nie dając wam spokoju - mówię śmiejąc się szeroko.
- No pewnie, kto by za nami nie chodził ? Przecież wszyscy nas kochają - mówi sarkastycznie, z uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
Żartujemy tak jeszcze przez krótką chwilę, podczas której Brad składa podpis na moim egzemplarzu Living Things, plakacie oraz koszulce, po czym odchodzi dalej żegnając się ze mną kolejną piątką. Widzę już zbliżającego się do mnie Mr. Hahn'a i Rob'a, którzy również mnie poznali i z którymi również chwilę żartuję. Dalej podchodzą do mnie Phoenix i Chaz, którzy rozpoznają mnie po tatuażu, na przedramieniu. Rozmawiając z nimi krótką chwilę, myślę sobie jakie ja mam szczęście, że wszyscy mnie rozpoznali. Pytanie czy Mike też mnie pozna. Chaz odszedł już kawałek dalej, a z Phoenix'em rozmawiałam jeszcze króciutką chwilę o jego pasji, piłce nożnej i o koncercie jaki odbył się w Polsce 9 czerwca. W końcu Phoenix chciał zostać w Polsce na Euro 2012, jednak trasa koncertowa mu na to nie pozwoliła. Ja sama mam sentyment do tego kraju. W końcu jestem pół-polką, urodzoną co prawda w Stanach, ale tak czy inaczej, mój tata jest Polakiem, a moi dziadkowie wyemigrowali z Polski podczas II Wojny Światowej. Phoenix powiedział, że ubolewa nad tym, że nie mógł zostać w Polsce choć na jeden mecz, ale i tak koncert w tym kraju był jednym z najlepszych jakie miały miejsce w ich karierze. Ucieszyłam się gdy to usłyszałam, a Phoenix dziękując za miłą pogawędkę, poszedł dalej. Teraz pozostało mi tylko czekać na podjeście Mike'a. Czekam i czekam, a czas, mimo iż mineły dopiero 2 minuty, dłuży mi się jakgdyby mineło pół godziny. W końcu Mike podchodzi. Najpierw zamieram, kiedy się do mnie uśmiecha i patrzy na mnie tymi jak zawsze pięknymi brązowymi oczami, potem jednak powtarzam sobie w duchu że muszę się ogarnąć i być twarda. No bo przecież taka jestem. Jedyne co jest w stanie mnie zmiękczyć to właśnie Mike i Linkin Park. Dobra, nieważne. Mimo targających mną emocji, powstrzymuję wredne, prące mi na powieki łzy szczęścia i uśmiecham się do Mike'a, który też mnie poznaje. Teraz to już naprawdę, ani ja, ani ludzie wokół nie mogą uwierzyć w moje szczęście. Co więcej, dzieje się coś czego nigdy bym się ani ja, ani chyba nikt nie spodziewał, a co więcej coś o czym podejrzewam - wiele fanek LP by marzyło. Zaczyna się od rozmowy. Mike podpisuje mi tak jak inni członkowie zespołu - płytę, koszulkę i plakat oraz ucina sobie ze mną nie taką już znowu krótką pogawędkę. Rozmawiamy o mojej radości na wieść o dostaniu się na LPU Summit, o poprzednich dwóch razach kiedy mieliśmy okazję ze sobą rozmawiać (dwa Meet & Greet'y) oraz o tym, że to właśnie ja mam się z nimi spotkać na osobistą rozmowę, wyjście lub cokolwiek w tym stylu. W pewnym momencie Mike mówi zdanie, które wprawia mnie w lekkie zdziwienie, a zarazem szczęście.
- Cieszę się, że to ty wylosowałaś spotkanie z nami. Będziemy mogli więcej porozmawiać i więcej się dowiesz o nas, a my o tobie jako fance - powiedział z nieustępującym uśmiechem na twarzy.
Na początku mnie zatkało, jednak potem wydusiłam z siebie:
- Serio ? Naprawdę się z tego cieszysz ?
- Tak. Dlaczego miałbym się nie cieszyć ? W końcu kontakt z fanami to podstawa, a takie osobiste spotkanie nie dość że pozwala nawiązać więcej niż tylko muzyczne stosunki, to jeszcze zbliża zespół do fanów i na odwrót. Zresztą, a ty się nie cieszysz ?
- Tak, tak oczywiście że się bardzo cieszę ! Jak mogłabym się z takiego czegoś nie cieszyć ? To spełnienie moich marzeń, najśmielszych oczekiwań i do tego udowodnienie że marzenia mogą być realne - mówię z wielkim sentymentem i wyraźnie słyszalnym w moim głosie wzruszeniem
- Rozumiem. Cieszę się twoim szcześciem - mówi, znów promiennie się uśmiechając i obejmuje mnie przyjacielskim uściskiem.
Wymiękam. Ja osobiście w tym momencie wymiękam i jestem tak szczęśliwa, że mam już gdzieś czy łzy szczęścia płyną po moich policzkach, czy nie. Wszystko mam już gdzieś. Kątem oka zauważam Scarlett i Jared'a którzy patrzą się na mnie jakby zobaczyli diabła. Nie dalej jak wczoraj myślałam, że nawet na LPU Summit nie spotka mnie nic nadzwyczaj dobrego, po tym co miało miejsce podczas ostatnich dwóch tygodni. A tutaj proszę. Osobiste spotkanie z Linkin Park, rozmowa ze wszystkimi, rozpoznanie przez nich, a na końcu uścisk Mike. Tak pokrzepiający i tak ciepły. Trudno nazwać go nawet przyjacielskim, ale dla mnie znaczy on więcej niż dwadzieścia tysięcy innych, dużo bardziej przyjacielskich, czy uczuciowych uścisków. Jest jak słońce wyłaniające się zza chmur w burzowy dzień, jak poranna bryza która nas delikatnie budzi, jak letnia woda w upalny dzień, w końcu jak najlepszy prezent jaki mogę dostać. Owszem, ktoś powie że zaledwie kilka miesięcy temu, na M&G dostałam identyczny prezent, jednak ten obecny był inny. Nie chodzi tu o okoliczności czy coś w tym stylu, a o jego znaczenie. W tamtym uścisku czuć było tylko i wyłącznie sympatię idola do jego fana i chęć pomocy oraz uspokojenia moich emocji. W tym poczułam coś jeszcze, coś czego brakowało w tamtym uścisku, coś wyjątkowego co dało mi nadzieję i siłę. To coś było jakby ciepłem. Nie takim zwykłym, ciała czy charakteru. To było ciepło płynące z serca, z duszy, z uczuć. Nie wiem, może mi się zdaje - w końcu nie należę przecież do ludzi normalnych, jednak tak właśnie odczuwam uczucie, jakie towarzyszyło mi podczas uścisku z moim prawdziwie ukochanym mężczyzną, prawdziwą miłością mojego życia.

                                                             ***

Potem było jeszcze wiele atrakcji. Wszyscy siedzieli i słuchali tego co chłopaki mieli do powiedzenia. Najpierw rozmawiali ze wszystkimi, potem graliśmy w dość dziwną ale śmieszną grę z Mr. Hahn'em, następnie Linkini zagrali kilka akustyków w tym In My Remains, na które tak czekałam i jak zawsze zresztą się nie zawiodłam. Na zakończenie był koncert, na którym wyszalałam się jak zawsze i standardowo mam zdarte gardło od krzyku i płaczu (nie wiem jak można mieć je zdarte od płaczu, ale ok). Muszę powiedzieć, że ten dzień pozostanie jednym z najlepszych w moim życiu. Jestem tylko ciekawa co będzie dalej i co będzie na moim spotkaniu z Linkinami, które ma odbyć się dokładnie 29 sierpnia w Los Angeles. Leżę teraz w hotelowym łóżku, rozmyślając nad tym wszystkim i popijając zaparzoną przez Gabriela gorącą czekoladę. Nie mam siły nawet ruszyć palcem. Czuję się jak najbardziej zmęczony człowiek świata. Nawet jeśli takim jestem to spokojnie mogę powiedzieć, że jestem też najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i nikt nie odbierze mi tej pięknej świadomości, z którą właśnie zasypiam.

Jakby ktoś nie znał niektórych pojęć, to daję tutaj objaśnienia :D

LPU Summit - organizowane od 6 lat oficjalne spotkanie członków oficjalnego fanklubu Linkin Park - LP Underground z członkami zespołu. Spotkanie co roku odbywa się w innym mieście na świecie. Odbywało się już w Tokio, Chicago, Londynie, Sydney i Hamburgu, a w tym roku odbyło się 17 sierpnia w Camden w stanie New Jersey ;)

LPU - Linkin Park Underground to oficjalny, prowadzony przez członków zespołu fan klub. Za uczestnictwo w nim płaci się opłatę roczną, a członkowie mają wiele atrakcji takich jak przedpremierowe odsłuchania płyt, koszulki, gadżety, spotkania z zespołem, Meet & Greet'y na które mogą się dostać przed każdym koncertem oraz wspomniane już co roczne LPU Summit. 


poniedziałek, 10 września 2012

Leave Out All The Rest Part 3.



Witam. Hmm...daję wam kolejny rozdział Leave Out All The Rest i szczerze wam powiem że trochę jestem sama sobą rozczarowana. Miałam rozwinąć akcję, a tym czasem wyszedł mi rozdział który bardziej zapowiada jej rozwinięcie niż ją rozwija. No ale cóż, nie będę się rozpisywać, bo to nie ja tutaj jestem od oceniania, tylko wy :) Dziękuję wszystkim za pochlebne opinie i mam nadzieję że ten rozdział was nie zrazi. Niestety z powodu szkoły nie zawsze w tygodniu mam czas na pisanie, tak więc kolejny rozdział postaram się wstawić jak najszybciej jednak nic nie obiecuję żeby potem nie było że kłamię :) Zapraszam do czytania oraz komentowania zarówno tutaj, jak na moim Twitterze CassandraLP789. Niestety mówię z góry, że blogger mnie nie lubi i nie chcę udostępniać moich komentarzy, także najczęściej do odpisywania wykorzystuję Twittera :) 

Składam również specjalne podziękowania za inspiracje i pomysły: Patrykowi, Karolowi, Agnieszce oraz Anni którą możecie znać z bloga którego serdecznie polecam  - http://bennodaforeverinourhearts.blogspot.com/ Pozdrawiam, Cassandra :)


Po wypiciu gorącej kawy, zjadłam kanapkę z Nutellą i podjęłam męczącą próbę wygonienia Gabriela z toalety. Pierwsze trzy podejścia okazały się farsą, ale przy czwartym Gabi wymiękł i wpuścił mnie do łazienki. Umyłam się, ubrałam i umalowałam. Następnie ruszyłam do pokoju, by zabrać torbę i potrzebne rzeczy. W głębi duszy dziękowałam mojej kochanej Pani Profesor Henderson, że pozwoliła mi odpuścić sobie kilka dni, zluzować z nauką i nie przyjść na uczelnię. Na studiach radzę sobie co prawda świetnie, jednak czasami narzucam sobie za dużo zajęć dodatkowych i nie wyrabiam się z nauką. Do tego dorabiam sobie malując ludziom portrety i krajobrazy, rysując komiksy, a czasem nawet malując im w stylu nowoczesnym obrazy na ścianach w domach. Kokosów z tego, to ja nie mam, ale zawsze mam jakąś swoją kasę, z której część daję Gabiemu na opłaty. W końcu głupio byłoby mi mieszkać u niego, nie dając mu ani grosza i żyjąc z jego forsy.

                                                            ***

Wychodząc rzucam wszystkim "narazie" i szybko zbiegam po schodach. Wybiegam wręcz z klatki, podłączam słuchawki do mp3 i włączam muzykę. Na początek coś na pobudzenie, hmm...Hybrid Theory ? O tak, to na pewno da mi kopa na cały dzień. Słysząc w słuchawkach pierwsze rytmy Papercut, zmierzam dość szybko w stronę bramy. Kiedy do niej dochodzę krzyczę do ochroniarza, Pana Volter'a: - Dzień Dobry! Pan Volter, to dusza człowiek. Siedzi w takich budkach, pilnując osiedli, na których mieszkają dziani goście od prawie 40 lat. Z jednej strony go podziwiam, z drugiej współczuję. On wychyla głowę z nad gazety którą czyta i z uśmiechem odpowiada: - Witaj Mirando ! Mijając bramę, przechodzę przez długi podjazd i wychodzę na ruchliwą ulicę. Zmierzam w stronę metra. Idąc tak zatłoczonymi ulicami South Park*, myślę nad tym, po co ja w ogóle wyszłam dzisiaj z domu i dlaczego zmierzam w stronę metra. Pewnie robię to z przyzwyczajenia. Często tak robie mając wolny od nauki i pracy dzień. Mam już taki wyrobiony nawyk i nie mogę usiedzieć potem w domu. Logiczne jest że nie zawsze tak robię, aczkolwiek często. Lubię też posiedzieć cały dzień na tyłku przed komputerem i poleniuchować. Nagle nabieram wielkiej ochoty na to by usiąść na ławce w parku i poprostu porozmyślać. Tak jak myślę, tak też robię. Przy Broadway Avenue skręcam, przechodzę przez ulicę i udaję się w zacienioną alejkę, małego, znajdującego się na rogu parku. Dzień nie jest upalny, ale dość ciepły. Nawet pogoda wskazuje na to by iść i usiąść w cieniu wielkich dębów w Parku im. George'a Washington'a. Siadam na ławce mniej więcej w środku parku. Nie wyłączając muzyki, zaczynam myśleć o tym co zrobić ze sobą i swoim życiem. W sumie, nie jest ono takie złe. Lubię to, co robię, lubię swoje studia, lubię swoją pracę dorywczą, o ile można, to tak nazwać, mam chłopaka, którego nie jedna dziewczyna mi zazdrości, wspaniałych przyjaciół i rodzinę, na których mogę liczyć w każdej chwili. Mogłabym rzec że jestem szczęśliwa, bo jestem. Na swój dziwny, dołujący sposób jestem szczęśliwa. Jednak moje szczęście nie jest pełne, nie jest takie jakie ja chciałabym aby było. Brakuję w nim Mike'a. Jestem psychiczna. Nie raz już sobie to mówiłam. Jestem zakochana w człowieku, którego znam jako idola, nie jako osobę prywatną. Uwielbiam jego rap, śpiew, muzykę jaką robi z chłopakami. Uwielbiam całe Linkin Park. To, że jestem zakochana w Mike'u nie oznacza, że na swój sposób nie kocham też reszty zespołu. Bo kocham, ale miłością każdy wie jaką. Biorąc pod uwagę, że od 12 lat zadaje sobie pytanie "Czy ty, aby na pewno nie jesteś chora umysłowo, upośledzona w jakimś punkcie, po prostu psychiczna ?", można powiedzieć, że nie jest jeszcze ze mną tak źle. W końcu ja przynajmniej jestem świadoma tego, że kocham kogoś teoretycznie fikcyjnego dla mojego życia. Zdarzają się gorsze przypadki niż ja. No właśnie, skoro zdarzają się gorsze ode mnie i ja o tym wiem, to dlaczego nadal usiłuję wmówić sobie, że mam nierówno pod sufitem ? Znając życie próbuję w sobie stłamsić to uczucie. Tak, ale jak je stłamsić, skoro się tego nie chce. Nie pragnę się odkochać. Na dobrą sprawę oprócz kolejnego koncertu Linkin Park, jedyne czego naprawdę pragnę, to być z nim. Ale to przecież nie możliwe, fizycznie i logicznie. On ma żonę, syna i ułożone życie. Nawet, gdybym mogła, to nie wiem, czy byłabym w stanie to rozbić. Żona Mike'a - Anna pewnie by mnie znienawidziła, a media obecne w ich życiu prawie że na co dzień uznały za kompletną dziwkę. Znając życie jemu też by się porządnie dostało. Te medialne popaprańce zawsze się w coś wpieprzają, nie mając o tym zielonego pojęcia. Nie chodzi mi w takiej sytuacji o moją opinię, ale o opinię Mike'a. Nagle coś zasłania mi dopływ światła, serce zaczyna mi bić jak szalone i zrywam się z ławki jak poparzona. Spoglądam wystraszona i widzę Dominika, który stoi w dziwnej, nachylonej pozie z rękami wyciągniętymi wprzód jakby chciał się uchronić od upadku, wcale nie upadając:
- Co ty robisz ?! Powaliło Cię do reszty ?! Zdurniałeś do końca ?! Chcesz mnie zabić ?! - drę się, jak wariatka, której właśnie bez jej zgody założono kaftan bezpieczeństwa.
 - Jak Ci się nudzi, to idź postrasz jakieś dzieci na zasranym placu zabaw albo ich porąbanych rodziców, a nie mnie ! - nadal krzyczę, jednak co raz słabszym i mniej gniewnym głosem. W końcu przestaję. Ludzie w parku patrzą się na mnie jak na idiotkę:
 - No co się tak gapicie ?! - wydzieram się, jednak ciszej niż przed tem - nie macie swojego życia ?! - Dominik nadal patrzy na mnie osłupiały, jednak nie tak bardzo, jak zawsze:
 - Uspokój się, usiądźmy i pogadajmy. Przepraszam, że Cię wystraszyłem. Nie myślałem, że tak na to zareagujesz - mówi spokojnym głosem, podchodząc do mnie. W końcu ruszam się z miejsca i opadam zmęczona krzykiem na ławkę. Nie wiem, co mnie napadło. Choć z natury czasami jestem porywcza, to rzadko miewam takie ataki. Czasami muszę się wykrzyczeć, ale nie w taki sposób i nie na kogoś. Zwłaszcza kogoś, kogo mimo braku uczucia, cenię i darzę przyjaźnią oraz zafaniem:
- Ehh...Domi, to ja przepraszam - mówię już spokojnym, stonowanym głosem,
- nie wiem, co we mnie wstąpiło, po prostu się na Tobie wyżyłam, przepraszam.
- Nie musisz mnie przepraszać. To ja zawsze wpadam na tępe pomysły, które Cię wkurzają - mówi z żalem w głosie.
 - Tak, to fakt - uśmiecham się pod nosem - często masz dziwne i szalone pomysły, których nie przemyślisz i potem żałujesz, ale to nie oznacza, że mnie denerwują. Owszem, nie raz jak coś wymyślisz, to mam ochotę przywalić Ci z patelni, ale nie oznacza to, że wkurza mnie to, co robisz - mówię co raz bardziej promiennym głosem.
- Z resztą, ja też powinnam nad sobą panować, a nie wydzierać się, jak głupia i robić z siebie idiotkę wśród ludzi - w moim głosie słychać delikatną nutkę przerażenia.
- Tak , tak - mówi śmiejąc się ze mnie - czasami ty też przeginasz, tyle że z krzykiem.
- Oj, cicho, już bądź - uciszam go z uśmiechem na twarzy, a on bierze mnie za rękę. W sumie w tym momencie powinniśmy zacząć rozmawiać jak każda inna para, jednak u nas spotkanie przebiegało w dość opóźnionym rozwojowo tępie. Mówiąc opuźnionym rozwojowo, mam na myśli to, że od około 4 miesięcy prawie ze sobą nie gadamy. Niby, jest ok, spotykamy się, całujemy i tak dalej, ale nie rozmawiamy już, tak jak przed tem. Przed tem potrafiliśmy gadać ze sobą o wszystkim godzinami, jak najlepsi przyjaciele, po czym wtulić się w siebie i pójść spać. Jednak 4 miesiące temu zaszły w tej kwestii dość duże zmiany. Dlaczego ? Dokładnie 5 maja, to jest dzień przed wpomnianym przeze mnie koncertem Linkin Park w Los Angeles, na którym byłam, pokłóciłam się z nim. O co poszlo ? Mianowicie o kompletną brednię, jak zawsze zresztą... Dominik zaczął się mnie czepiać, że wolę Linkin Park od niego, że zachowuję się jakbym, to ich kochała bardziej od niego i wogule. Wkurzył mnie, wtedy do granic możliwości. Kłóciliśmy się przez dobre 2 godziny, rzucając w siebie torbami, poduszkami, plecakami, butami, zdjęciami, a nawet krzesłami, po czym nie wytrzymałam i powiedziałam mu, to czego nigdy nie chciałam mu powiedzieć. Wykrzyczałam mu i przy okazji całemu osiedlu w odległości co najmniej 5 kilometrów od naszego bloku, że go nie kocham i nigdy nie kochałam, że kocham Mike'am oraz nie mam pojęcia dlaczego, że jest dupkiem. Tak wiem, niby, to żadna nowość, ale dla niego, to był szok, bo od około roku był pewien, że się w nim powoli zakochuję. Jednak dużo większe wrażenie na nim wywarło, to kogo kocham. "Kochasz gościa, którego nawet nie znasz, który jest fikcją ?! Wypromowaną przez media, jak cały jego zespół, marionetką ?! Kochasz pieprzonego popaprańca z Linkin Park, który nawet Cię nie zna ?!". Po tych słowach, z jego ust padły jeszcze inne, dużo gorsze. Szczerze powiem, że w tym momencie miałam ochotę zagrać scenę, z filmu "American Psycho", kiedy to główny bohater, ubrany w płaszcz przeciw deszczowy, bierze siekierę i zabija biznesmena, niejakiego Paul'a Allen'a. W mojej scenie oczywiście, to Dominik był by Paulem, a ja Patrickiem. Po chwili, jednak wyparłam z głowy głupie wyobrażenia, nie wytrzymałam i aby zakończyć tę plontanię oszczerstw i przekleństw padających z ust człowieka, który mimo dwóch lat spędzonych ze mną nie miał zielonego pojęcia o Linkin Park i o ludziach grających w tym wspaniałym zespole, po prostu go uderzyłam i wyszłam z mieszkania jak najszybciej mogłam. W dzień koncertu dzwonił do mnie praktycznie co 20 minut, jednak ja się nie przejmowałam, byłam szczęśliwa dniem koncertu, pobytem na Meet & Greet i tym wszystkim co tam przeżyłam. Po tym incydencie niby się pogodziliśmy, ale z mojej strony niestety była, to tylko litość, bo Dominik praktycznie co dzień przez 3 tygodnie wystawał pod moją szkołą i domem, prosząc mnie na kolanach o wybaczenie i o kolejną szansę. Naprawdę przykro mi, że nie mogę go obdarzyć uczuciem takim jakim on darzy mnie. Nie chcę, by on cierpiał, bo jestem jakąś popapraną wariatką z urojeniami, jednak nie mogę go pokochać, bo moje serce jest już zajęte, przez innego. Domi, natomiast nie rozumie tego i chcę nadal próbować. W sumie, on po prostu mnie kocha i dlatego to robi, jednak, z drugiej strony sam, z własnej nie przymuszonej woli wystawia się na cierpienie zadawane z mojej strony.

                                                             ***

Wracam do domu i zastaję tylko Gabriela, który bezmyślnie przegląda kanały w TV. Przebieram się i robię kolację, bo w końcu jest już grubo po 21. Cały dzień spędziłam z Domim. Trochę gadaliśmy, poszliśmy do kina i na kręgle, jednak mimo spędzonego ze sobą czasu, była pomiędzy nami bariera jakiej nie mogliśmy przełamać oboje. Nie rozmawialiśmy już, tak jak przed 4 miesiącami i nic nie wskazywało na to, aby miało się to zmienić. Przygotowując kolację rozmyślam nad tym co zrobić z tym wszystkim. Kiedy do domu przychodzą Viki i Anna wszyscy razem jemy kolację. Standardowo jak to my, potem siadamy i gadamy do późna o mojej sytuacji z Dominikiem, o byłym Viki, który cały czas robi jej na złość, o niedoszłej, a w zasadzie obecnej miłości Anny, która jak zawsze w jej wykonaniu ma się nie spełnić i nie udać, oraz o kolejnym byłym Gabriela, który jest dupkiem i zabawia się uczuciami innych. Tak przegadaliśmy wieczór. Nagle około 1 w nocy uderza we mnie jakieś dziwne przeczucie. Ewidentnie jest ono związane z czymś ważnym, bo nigdy nie miewam przeczuć bez przyczyny. Szybko łapię za laptopa, włączam go, loguję się i zaglądam na wszystie strony na jakie mam nawyk zaglądać zawsze, aby zdobyć ważne informacje związane z Linkin Park. Nigdzie nic nie ma. Jedyne co przykuwa moją uwagę, to wiadomość na stronie LPUndreground, z przed kilku tygodni. Z prędkością światła, przechodzę na swoją pocztę i loguję się. W tym momencie zamieram. Zamurowało mnie i nie mogę się poruszyć. Chyba zbladłam, bo dziewczyny i Gabi robią przejęte i pełne grozy miny. Wchodzę w wiadomość, aby się upewnić. Czytam ją tak na wszelki wypadek jakieś 4 razy. Potem 5, 6, 7 oraz 8 i nadal nie mogę w to uwierzyć. Moi przyjaciele, w pełni przejęci moją miną, pytają co się stało. Ja nadal nie mogąc uwierzyć, nagle zaczynam ryczeć i zarazem zanosić się histerycznym wręcz śmiechem szczęścia. Szczerze rzecz ujmując, w tym momencie wyglądam pewnie jak stała bywalczyni psychiatryka, jednak w takim momencie, to się dla mnie wogule nie liczy. Jestem jedną z tysięcy osób na świecie, zapisanych do Linkin Park Underground, które zapewne w tym momencie są w pełni uprawnione do takiego zachowania.Przyjaciele nadal nie wiedzą, o co chodzi i z co najmniej dziwnymi minami pytają sie mnie
 - Wszystko dobrze ? Miranda ?
- Mir, co Ci jest, coś się stało, o co chodzi ?!
 Przepraszam. Oni się nie pytają, oni wręcz wrzeszczą i robią wszystko bylebym się opanowała. Po około 5 minutach takiego oto ataku, uspokajam się i patrzę na ich przerażone twarze. Uśmiecham się, jak głupia do sera, i nadal płaczę ze szczęścia.
- Boże, co Ci się stało ?! - pytają się wszyscy po koleji, z minami tak bladymi, że chyba nigdy nie myślałam, że tak uśmiechnięci na co dzień ludzie jak oni mogą takie mieć. Słysząc pukanie dobiegające zza ściany wszyscy popadamy w chwilowy, grupowy śmiech. Sąsiadka Pani Barrywhite pewnie już spała, a my ją obudziliśmy. Oj jak mi przykro. Tak wiem, jestem wredna, ale ona też, tak więc jesteśmy kwita. W tej chwili dla mnie ważna jest tylko wiadomość jaką przeczytałam na swoim email'u. Wiadomość na którą czekałam co roku od 6 lat i w końcu się doczekałam.
- Ejj, powiesz na w końcu co się stało ? - pyta Ann z cieniem przejęcia, przebijającym się przez uśmiech na jej twarzy.
- No, więc, powiem wam, że właśnie jestem jednym z tych ludzi, którzy mają prawo się zachować, tak jak ja przed chwilą - mówię nadal płacząc i śmiejąc się zarazem.
- To znaczy ?! - teraz już wszyscy pytają się mnie z zaciekawieniem takim jakiego nie widziałam u nich od dawna.
- No, więc, ehhh...co tu dużo mówić - zaczełam łamiącym się od płaczu i emocji głosem.
 - GADAJ NO !! - przyjaciele wydzierają się na mnie z przejęciem.
- Dobrze !! Więc, zachowałam się tak, ponieważ...- głos nadal mi się łamał
- Boże, no, jadę na LPU Summit !!! - wydarłam się, jak szalona, jak najmocniejszym głosem, jaki udalo mi się wydobyć z mojego gardła i rzuciłam się na nich drąc się ze szczęścia. Wiem, że jest późno i że sąsiadka zaraz dostanie przez nasze hałasy ataku serca, ale nie mogę opanować emocji. Przyjaciele, rozumiejąc już moją reakcję, rzucają się na mnie, by mi pogratulować, a ja pękam i zarazem nadal nie moge uwierzyć w szczęście jakie mnie spotkało.

*South Park - mała, kiedyś prawie całkowicie przemysłowa, dzielnica na obrzeżach Los Angeles, California.

sobota, 1 września 2012

Leave Out All The Rest Part 2.


Witam Wszystkich :) Powracam z drugą częścią Leave Out All The Rest. Mam nadzieję że wam się spodoba. Jeśli tak, to bardzo proszę o komentarze zarówno tutaj, jak i jeśli ktoś ma ochotę, na moim Twitterze CassandraLP789. Jeśli mogę to proszę również o polecanie mojego bloga ludziom lubiącym takie klimaty ;p Z góry dziękuję ;) Niestety jak dobrze wszyscy wiemy, w poniedziałek jest rozpoczęcie roku szkolnego, tak więc niestety mogę nie mieć tyle czasu na pisanie, ale obiecuję że będę starać się pisać w każdej wolnej chwili i udostępniać następne części w jak najmniejszych, możliwych odstępach czasu ;p Pozdrawiam i zapraszam do czytania. Cassandra :)



Znów przeżywam to na nowo. Podczas In The End Mike schodzi ze sceny i podchodzi do barierki za którą trzymam. Ochroniarze w panice biegną za nim, jednak On ma ich gdzieś. Liczą się tylko fani. Mike wspina się na barierkę trzymając się jednego z nich i przybija wszystkim którzy wyciągnęli w górę dłonie, naładowaną energią piątkę. Ja jestem tuż pod nim, to mi przybija pierwszą piątkę, to mi cały czas z uśmiechem i czułością patrzy w oczy. Ja emocjonalnie się do niego przytulam. Tak, przytulam się z całej siły. Nawet nie wiem kiedy, kończy się In The End, nagle Mike uwalnia się z moich rąk, zaciśniętych kurczowo na jego nogach, schodzi, znów patrzy mi w oczy, tym samym wzrokiem co jakieś 4 minuty temu, i nie zważając na innych fanów, widząc moje zapłakane oczy, przytula mnie z całej siły. Dech zapiera mi w piersiach, nie mogę nic zrobić, nic powiedzieć, nic, kompletnie nic. Jedyne co udaję mi się zrobić to zapleść na jego plecach swoje dłonie. I wtedy, gdy tak trwamy w uścisku, wszystko jakby znika. Scena, barierka, spanikowani ochroniarze, inni ludzie, jeszcze przed kilkoma sekundami napierający na mnie i barierkę z taką siłą że czułam się co najmniej jak rozwałkowywane ciasto. Zostaję tylko ja, Mike i reszta Linkin Park gdzieś w oddali. Wygląda na to że po prostu stoją i czekają na Mike'a, bądź na nas oboje. Ja cały czas bezwładnie, jak pluszowy miś w rękach dziecka, trwam w jego objęciach. Cała zapłakana, ze zdartym już na sto procent gardłem, wtulam się w niego z całych sił, tak by przez sam uścisk poczuł moją miłość. Wtedy on bierze mnie w swoje silne ramiona i zaczyna nieść, nie wiem nawet gdzie, nie obchodzi mnie to, w tej chwili liczy się tylko to że czuję się bezpiecznie w jego rękach, przy nim, tak blisko, czując jego zapach, zarazem bardzo męski i delikatny, dokładnie taki jaki poczułam wtedy. Po chwili czuję pod sobą miękką kanapę, a raczej łóżko. Zdziwiona rozglądam się i moim oczom ukazuję się duży, wszechstronny pokój. Ściany koloru ciepłego beżu, ciemne, drewniane półki, komoda, kremowy dywan, a na jego środku pościelone w szarą pościel, łóżko na którym właśnie leżę. Pokój jest jasny i dobrze oświetlony, przytulny i ciepły. Czuję że ktoś siedzi obok mnie, to Mike. Cały czas patrzy na mnie tymi pięknymi ciemno-brązowymi oczami. Wzrok ma ciągle ten sam. Uśmiecha się do mnie promiennie, po czym przybliża się i delikatnie obejmuję. Ja nie protestuję i kładąc głowę na jego klatce piersiowej również obejmuję. Czuję ciepło jego ciała, jego zapach, bicie serca, uścisk na ramionach. Mogłabym tak trwać już do końca życia. Mike delikatnie podnosi moją twarz, chwytając za podbródek i czule całuje. Jego pocałunek jest bardzo delikatny, ale pełen uczucia. Odwzajemniam go z taką samą delikatnością. Po moich policzkach znów płyną łzy, łzy szczęścia, które On ociera. Delikatnie odrywam się od jego ust i spoglądam mu głęboko w oczy, gdy ten cichym, czułym, pełnym miłości szeptem, tak subtelnym że czuję dreszcze, mówi "Kocham Cię". Tymi pięknymi słowami na które czekałam tyle czasu, kończy się wspaniała fikcja, a zaczyna rzeczywistość.

                                                          ***

Otwieram oczy i zostaję oślepiona ostrym, jasnym blaskiem. Po chwili uchylam je delikatnie, i podnoszę się by zobaczyć gdzie jestem. Znajduję się w małym, jasnym pokoju z ciemno żółtymi ścianami, z czego jedna jest zasłonięta wielkim segmentem. Szybko poznaję że to miejsce w którym budzę się ciągle od prawie 4 lat, mały, ciasny pokój w mieszkaniu Gabriela. Gabriel to jeden z moich najlepszych przyjaciół i gej. Znam się z nim od 5 roku życia, tak samo jak z Ann i Viktorią. Wszyscy mieszkamy w mieszkaniu które jego rodzice podarowali mu na jego 18 urodziny. Nie jest ono co prawda duże, ale miłe i przytulne. Jak to mówią, ciasne ale własne. Dla Gabriela ta własność była bardzo ważna, zwłaszcza po aferze jaką rozpętał mu ojciec, gdy dopuścił po 5 latach oszukiwania samego siebie do swojej świadomości że jego syn jest gejem. Po owej awanturze poczekał dokładnie miesiąc do jego 18 urodzin, przelał mu na kartę kupę forsy, opłacił studia, kupił mieszkanie i prosto, dość nie wulgarnie (w stosunku do rzeczywistości) rzecz ujmując wylał z domu na zbity pysk, mówiąc że nie ma mu się więcej na oczy pokazywać. Biorąc pod uwagę że ten i tak już czuł się samotnie nie mogąc przez lata z nikim oprócz mnie, Ann i Viki pogadać o swojej orientacji i problemach, ściągnął nas do siebie, kiedy akurat tego potrzebowałyśmy. Anna musiała oderwać się od rodziców którzy ciągle ją niańczyli i szantażowali, a Viktoria od surowej mamy, która stosowała tylko zakazy i nakazy, a od czasu "wyjścia" z domu jej starszego brata, nie przyjmującej do wiadomości nawet podstawowych potrzeb człowieka. Ja w sumie nie miałam się od czego odrywać, bo rodziców mam wspaniałych i wyrozumiałych, brata Andrew, głupiego ale zawsze kochanego, a dwie siostry, bliźniaczki Cornelię i Ashley, szalone ale dobre. Jednak kiedy miałam jakieś 19 lat, poczułam potrzebę nie tyle od izolowania się od nich, co po prostu usamodzielnienia. Nie chciałam być pasożytem ciążącym na rodzicach jak mój brat, który mimo iż jest najlepszym bratem na świecie, praktycznie od czasu zdania matury nie robi nic, oprócz palenia faji wodnej z kumplami i podrywania nowych dziewczyn. Ja sama mam na imię Miranda. Mam prawie 23 lata, czarne - granatowe (z natury) włosy i dość bladą skórę. Studiuję ilustrowanie i grafikę. W sumie, poszłam na ten kierunek tylko dlatego że nie dostałam się na medycynę, ale co tam. Nie żałuję. Nie wiem dlaczego, ale często miałam wrażenie że podświadomie wybrałam go w związku z wykształceniem Mike'a. No ale cóż, takie życie. W tym momencie przemyślenia przerwał mi dzwonek telefonu. To Dominik. Mój chłopak. Odebrałam jeszcze zaspanym głosem i usłyszałam jego promienny głos w słuchawce:
- Cześć śpiochu! Wstałaś już ? Bo po głosie słyszę że chyba nie.
- Przed chwilą się obudziłam.
- Dlaczego jesteś taka ponura ? Coś się stało ? - zagadnął ze standardową grozą w głosie.
- Nie, po prostu jestem zaspana. Wiesz, w sumie, nie mogę za bardzo gadać, spotkamy się po południu ? - zapytałam.
- Oczywiście kochanie. Przyjdę do Ciebie o 15, ok ?
- Ok.
- Kocham Cię, pa.
- Pa. - odpowiedziałam z udanym entuzjazmem w głosie.
W sumie, nie mam pojęcia jak Domi ze mną wytrzymał prawie dwa lata. Nigdy go nie kochałam, prawie zawsze byłam zimna i nie czuła, a on mimo iż dobrze wiedział o braku miłości z mojej strony, nadal z uporem maniaka obsypywał mnie wszystkim czego chciałam. Szczerze, jestem z nim tylko dlatego że go lubię i wiem że jest dobry. Kocha się we mnie od kiedy tylko pamiętam, a znam go tak samo jak resztę, od 5 roku życia. Jestem głupią egoistką, wiem. Do związku z nim nakłoniły mnie Ann i Viki, które uświadomiły mi że jest dobry i nie da mnie nikomu skrzywdzić, choćbym była najzimniejszą suką jaką znałby cały świat. Po za tym jak to "pięknie" i nie delikatnie ujęła Viki: "Może w końcu przejdzie Ci ta wielka miłość do Shinody".

                                                               ***

Odkładam telefon i siadam na łóżku. Uświadamiam sobie że wszystkie te piękne chwile jakie przeżyłam przed chwilą były tylko wspaniałym snem. Klnę pod nosem, gdy łzy zaczynają mi napływać do oczu, jednak szybko je powstrzymuję gdy do pokoju jak tornado wpada Viki. Chyba miała zamiar mnie obudzić, bo kiedy zobaczyła mnie siedzącą na łóżku, to jak zawsze zrobiła minę jak gdyby zobaczyła Kubę Rozpruwacza albo innego filmowego gościa, latającego z nożem, siekierą, maczugą czy czymkolwiek innym w celu wybicia wszystkich.
- Już nie śpisz ?! - pyta z udawanym zdziwieniem w głosie. Zawsze tak robi, kiedy chcę mnie obudzić swoim wspaniałym sposobem wskoczenia na łóżko i zmiażdżenia moich biednych powyginanych kończyn, a nie udaje jej się to bo już nie śpię.
- Jak widzisz, nie ! - odpowiadam z udawanym poirytowaniem w głosie. Znam ją aż za dobrze. Zawsze kiedy udaję wkurzoną, tak fajnie się skrusza, ogarnia swoje wrodzone ADHD i staje się potulna jak baranek.
- Przepraszam - powiedziała pełnym skruchy głosem - nie chciałam Cię wkurzyć.
- Ahahaha...nabrałam Cię ! - wydarłam się jak chora na mózg.
- Osz ty wredoto ty ! - wydarła się równie głośno i rzuciła na mnie w celu udawanej walki. Tak wiem...zachowujemy się jak dzieci. Ale ja i Viki tak już mamy, albo się kochamy, albo bijemy. Gabriel z Ann często patrzą na nas z zażenowaniem, po czym Gabriel przyłącza się do udawanej bijatyki, a Anna waląc głową w ścianę, zastanawia się "Z jakimi debilami ja się przyjaźnie ?". Po kilku minutach udawanej walki się nudzimy i Ann dostaję Bożego oświecenia, dziękując Bogu, za to że nie raz jednak widzi i grzmi xD

                                                               ***

Po kilku minutach "walki" Viki poddaje się widząc że nie chcący z całej siły uderzyła mnie w żebra. Przez chwilę nie mogę oddychać. Leżę rozłożona na łóżku i czuję się jakby ktoś wbił mi prosto w serce sztylet i ot tak dla zabawy sobie nim kręcił. Przez chwilę miałam nawet, dość dziwne wyobrażenie że to jakaś wredna dziewczyna z mojej uczelni, stoi nade mną w czarnej pelerynie i bawi się moim cierpieniem. Szybko sobie jednak uświadomiłam, że wszystkie te "popularne" i głupsze od najbardziej zniszczonych butów, dziewczyny, bałyby się to zrobić. Wystarczyłoby żebym którejś z nich zagroziła że przyjdzie po nią jakaś zła moc czy coś w tym stylu. Znając ich jakże wysoką i wygórowaną inteligencję, na pewno by się wystraszyły na śmierć. W końcu ból ustępuję, zaczynam łapać oddech i powoli podnoszę się na łokciach.
- Wszystko w porządku ? - pyta z przerażeniem wypisanym na twarzy Viki.
- Tak, już ok. - odpowiadam z bladym uśmiechem na twarzy, po czym wstaję i idę do kuchni by zrobić sobie kawy.
Przechodząc przez długi, wąski korytarz zauważam że Gabriel okupuję już łazienkę, a Ann jak zawsze ubrana i gotowa na wyzwania nowego dnia siedzi na łóżku w dużym pokoju i traktuje swoje czarne, falowane włosy prostownicą.
Wchodząc do kuchni czuję zapach świeżo zaparzonej kawy. W myślach dziękuję Annie za jej wspaniałomyślność, po czym sięgam do szafki po kubek i nalewam sobie gorącego, mleczno-brązowego napoju. Słodzę i jak zawsze siadam przy stole na moim miejscu pod ścianą. Rozmyślam nad moim snem. Był piękny. Zawsze jest. Śni mi się on mniej więcej co tydzień od czasu ostatniego koncertu LP na jakim byłam tj. od około 4 miesięcy. Ciągle wygląda tak samo, ma taką samą fabułę, ułożenie, wszyscy w nim wyglądają tak jak za pierwszym razem kiedy mi się śnił. Dziś jednak zaszły jakieś zmiany. Przedtem sen zawsze ucinał się na momencie pocałunku. Na dobrą sprawę nie czułam już nic, oprócz dotyku Jego warg. Zazwyczaj wtedy właśnie się budziłam. Dzisiaj sen, trwał jeszcze dłużej, a urwał się w tym jakże dla mnie ważnym momencie, kiedy to Mike powiedział słowa które od zawsze chciałam usłyszeć tylko z jego ust. To daje mi do myślenia. No bo, nic nigdy nie dzieję się bez przyczyny. Ja tak uważam i od zawsze trzymałam się tej niezawodnej dla mnie zasady. Tak, ale znów co mogłoby się takiego wydarzyć żeby pierwszy raz w życiu przyśniło mi się wyznanie miłości przez Mike'a. W gruncie rzeczy nic. Owszem byłam całkiem niedawno na koncercie. Jednak był to już mój szósty z kolei koncert, a moja reakcja na nim była jak zawsze taka sama. O co więc mogło chodzić ? Jedyne co przychodzi mi na myśl to fakt że byłam drugi raz w życiu na Meet & Greet. Tak samo jak za pierwszym razem, rozryczałam się, jednak w miarę możliwości opanowałam emocje. Pogadałam sobie na luzie z Brad'em i Joe'm którzy (ku mojej wielkiej uciesze) pamiętali mnie z poprzedniego M&G, z Rob'em też trochę pożartowałam, szeroko uśmiechnęłam się do Phoenix'a i Chaz'a którzy z powagą ale i uśmiechem spoglądali na mój tatuaż z logiem LP na przedramieniu, rozmawiając ze mną o tym jak powstał i jak sama go zaprojektowałam. Kiedy podeszłam do Mike'a coś we mnie jakby pękło. Przedtem też płakałam, nawet kiedy żartowałam z Bradem, Rob'em i Joe'm to łzy szczęści płynęły równymi kroplami po moich policzkach. Przy Mike'u znów rozryczałam się tak jak na początku kiedy weszłam do pokoju. Nie mogłam przestać, ani zachamować łez. Wtedy właśnie, Mike widząc że nie mogę się ogarnąć, wstał i mnie uściskał. Boże, czułam się wtedy jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. Najpierw odrętwiałam i stałam nieruchomo, po czym jednym ruchem objęłam go i zacisnęłam oczy by nie pomoczyć aż tak bardzo jego szaro-zielonej koszuli. Po chwili Mike mnie puścił i zapytał czy wszystko w porządku oraz czy dam radę już stać sama. Ja z zapewne idiotyczną miną odpowiedziałam że tak i uśmiechnęłam się z nieukrywanym szczęściem. Wtedy On też się uśmiechnął i podpisując moje rzeczy, porozmawiał ze mną chwilę. Co prawda, bardzo krótko, ale dla mnie to wystarczyło. Czułam się jakby ktoś dał mi eliksir szczęścia z Harry'ego Potter'a. Nie mogłam opanować emocji (standardowo) a uśmiech nie schodził mi z twarzy już do końca tego wspaniałego dnia i wieczoru. Ale, czy to mogło być powiązane z nagłą zmianą w moim śnie. Nie, raczej wątpię. Gdyby nawet było z nią związane to dlaczego nie przyśniłoby mi się na samym początku, tylko dopiero teraz ? Ehh...sama już nie wiem. Może faktycznie mam paranoję, tak jak mówi Viki i przesadzam. Z resztą, ja od zawsze przesadzam. Ale to już inna historia.